biznes,

Co jest cool, a co nie jest?

14:36:00 aleqs 0 Comments

/pexels

Żyjemy w czasach tyranii kultu młodości. Branża modowa angażuje prawie wyłącznie nastoletnie modelki, reklamy wyrzucają poza margines kobiety po ciąży, czy odstające od schematycznych oczekiwań. Doszłam do wieku, w którym nie patrzy się tylko w przyszłość, nie żyje się tylko chwilą, nie czeka się niewiadomo na co... chyba na to żeby żyć.

Realizując swoje projekty na freelance, uderzyły mnie dość ciekawe sytuacje, w których niby dość dobrze znam się na różnych generacjach i pokoleniach, śledzę badania i informacje, umiem te informacje wykorzystać, ale w głębi ducha pokolenia młodsze ode mnie już nawet o 5 lat są dla mnie absolutnie niezrozumiałe. Podchodzę do nich jak do zagadnienia naukowego i podsumowuję efektywność egzekucji projektów w excellu, "nie czuję ich". Tym bardziej śmiesznie te myśli muszą brzmieć przed moimi czasem dwa razy starszymi klientami niż ja i ... tym bardziej zaczynam rozumieć swoich rodziców gdy jedyne co w moich szaleńczych latach mogli zrobić, to wzdychać. Tak, wzdychać, bo moje szaleństwo było podszyte niebywałą determinacją do realizacji i nic nie mogło mnie powstrzymać jak sobie coś ubzdurałam. Jestem starym igrekiem i już młode igreki czasem wymykają się z moich "możliwości poznawczych"*.

*na własne potrzeby generalizacji wszechświata wyróżniam 4 głębokości kogniwistyczne: 1. żadna (nieumiejętność przyswojenia jakichkolwiek informacji i wyciągania sensownych wniosków; nielogiczne rozumowanie) 2. zakucie (przyswojenie informacji nawet z możliwością recytowania ich w środku nocy, ale bez refleksji, zrozumienia, umiejętności wyciągania z owych informacji wniosków, analizy bądź ich syntezy itd.), 3. sucha wiedza (przyswojenie wielu informacji i umiejętność operowania nimi nawet na bardzo zaawansowanym poziomie, ale brak identyfikacji z owymi danymi i odhumanizowanie ich), 4. poznanie (nawet przy niewielkiej ilości informacji umiejętność intuicyjnego, trafnego i efektywnego żonglowania nimi i tworzenia lub dedukowania właściwych hipotez i tez). Powiedzmy, że z generacjami jestem na poziomie 3.

Wychowując się w Polsce bez silnego wsparcia psychologicznego ze strony rodziny czułam ogromną presję na sobie: presję bycia kimś, presję bycia młodym, presję robienia kariery za wszelką cenę, presję braku przyzwolenia na błędy i niedoskonałości, presję bycia "coool". Trochę jak w amerykańskich filmach - jesteś cool albo nie istniejesz. A mainstream, media i biznes podtrzymują ten trend, bo wiedzą, że można na nim świetnie zarobić. Szczególnie w Polsce, krajach kapitalistycznych i postkomunistycznych.

W Polsce +/- moje pokolenie i kolejne, to pierwsze pokolenia żyjące w wolnej Polsce, w Polsce, w której "wszystko jest", wszystko, czego nasi rodzice nie mieli i wszystko, co chcą nam dać ze swojej bardziej lub mniej toksycznej wersji miłości. Moja rodzina raczej bardzo twardo i ascetycznie stąpała po ziemi, ale wyobrażam sobie, że w wielu rodzinach działał i może nadal działa mechanizm, w którym nastolatki i studenci wybitnie łatwo mogą zmanipulować swoich opiekunów w celu osiągnięcia mitycznego "coool". Owi rodzice:
a) nie nadążają za rewolucją rzeczywistości i łatwo im "wcisnąć kit", 
b) mogą chcieć swoim pisklakom zapewnić wszystko czego sami nie mieli, 
c) brak inteligencji emocjonalnej, empatii (wywołane ciągłymi trudnościami w życiu, martyrologią, kultem matki polki i wieloma innymi typowo polskimi, destruktywnymi syndromami) i czasu dla swoich piskląt próbują zrekompensować materialnie,
d) nie znają świata, w którym ludzie po 30 mają prawo "żyć", sprawiać SOBIE przyjemność, zajmować się czymś innym niż domem i dziećmi - ergo - żyją życiem swoich dzieci, a nie swoim.

Mając już nawet 25 lat w owym słowiańskim kraju "wypadasz z rynku". Wypadasz z rynku randkowego, bo większość osób w tym wieku jest już poważnie sparowana. Wypadasz z rynku zawodowego, bo już nie jesteś pokornym studentem, któremu można dać śmieciówkę i nie płacić podatków i ZUS itp. (przesadzam, ale najprościej jest o pracę jak się jest studentem lub jak się ma 2-3 lata doświadczenia; później jest się już za drogim i zbyt pewnym siebie, więc nie da się managerować w polskim, folwarcznym stylu pana i chłopa; ewentualnie nie ma się pożądanej na rynku specjalizacji; w przypadku kobiety jest się potencjalnym inkubatorem, który za chwilę pójdzie na wieczny macierzyński). Wypadasz z rynku "coool", bo ostatnią cool rzeczą jaką zrobiłeś lub zrobisz będzie Twój ślub. Umarł w butach. 

Wszyscy w Polsce na potęgę komunikują wyłącznie do młodych (lub do nikogo, ale nie o tym) o ile nie są producentem pieluszek lub kremu na hemoroidy. Polski styl zarządzania marką to kanalizowanie wielu drobnych przychodów bez pokładania nadziei w mniejszych, ale bardziej jakościowych transakcjach. Dlatego też mamy mnóstwo produktów, reklam, usług i klubów dla młodzieży ("bez kasy", ale która wyda wszystko co ma na przyjemność, rozrywkę, produkty impulsowe i bycie cool), a osoby 30+ nie mogą się odnaleźć niezależnie od stanu posiadania i cywilno-dzieciowego.

Szwajcaria nie dała się amerykańskim bańkom mydlanym, marzeniom o wyimaginowanym sukcesie i sex in the city. Szwajcaria wręcz na swój sposób potężnie dyskryminuje młodych ludzi a hołubi... przede wszystkim grube portfele. W takich miastach jak Genewa, Lozana czy Zurych jest nawet 60% obcokrajowców. Ci obcokrajowcy się tu najczęściej ani nie urodzili ani nie wychowali, a trafili ze względu na swoje kompetencje i doświadczenie (nie są najmłodsi). Nie jest tu łatwo ani się dostać ani zostać ani utrzymać, więc następuje "naturalna selekcja emigrantów". 

Jeden z najbogatszych krajów świata z jednym z najwyższych indeksów jakości życia jest jednym z najbardziej zacofanych. W związku z powyższym +/- 20 letnia osoba nie będzie zadowolona z tutejszej sceny klubowej, z tutejszych festiwali muzycznych, z tutejszych stacji radiowych (w przeciwieństwie do Polski). Na festiwalach i w radio są najczęściej utwory i zespoły, które w Polsce już dawno zostały wyparte ze zbiorowej świadomości, a tu stanowią gros wspomnień i sentymentów ludzi, których na ten koncert stać i którzy na niego pójdą, bo jeśli nie mają dzieci, to nie mają nic lepszego do roboty na obczyźnie. 

Ponadto, większość sklepów i punktów usługowych pamięta tutaj co najmniej poprzednią dekadę. Kluby są albo dla bogatych 30+ (czyli znowu wracamy do muzyki poprzedniej epoki, choć zgrabnie zmixowanej), albo mocno przeciętne* (nieatrakcyjne wizualnie, dj-ie dobrzy ale nie wybitni, muzyka... typu hity z satelity czyli mix tego co leci w radio). Niewiele firm funkcjonuje w internecie, a jeśli tak, to ich strony wołają o pomstę do nieba. Podsumowując: tutaj bycie "coool" odwołuje się do mniej ulotnych wartości i genialnie identyfikuje tę grupę na której realnie można zarobić. 

Bycie "coool" w Szwajcarii to nie jest bycie młodym, to nie jest nowe bmw, to nie jest złoty kagan, to nie jest nastukanie się do nieprzytomności, to nie jest kredyt na mieszkanie ani żaden kredyt. Bycie cool w Szwajcarii to bycie sobą, to twarde stąpanie po ziemi i głęboka życiowa mądrość, to czerpanie przyjemności z życia, realizowanie się w hobby i pasjach, slow life**, ale i ciężka praca nie pozbawiona "work life balance"... i gruby portfel. Ale na pewno nie trampki i krótkie spodenki.

Jak głoszą mocno oparte na insighcie reklamy w Szwajcarii skierowane do osób 30+ i które najbardziej zapadły mi w pamięć, mimo że chyba nie jestem w core targecie: 
"retrouve ton équilibre idéal" - odnajdź swoją idealną równowagę
albo 
"soyez vous, soyez wow" - bądź sobą, bądź wow! (w bardzo grzecznej formie gramatycznej nie noszącej imperatywności)

* mimo wszystko świetnie się bawię nawet w tych przeciętnych szwajcarskich klubach, bo obserwuję wysoki poziom kultury uczestników imprezy. Czuję się tutaj bezpiecznie, zawsze wpuszczają tyle ludzi, żeby dało się swobodnie tańczyć, mężczyźni nie doczepiają się jak glizdy i nie traktują Cię jak kawałka mięsa do nadziania, drinki są duże i niechrzczone. W Polsce bywa odwrotnie. 

** np.: 40% moich rozmów z sąsiadami to chwalenie się i dywagowanie na temat super szwajcarskich eko bio kurczaków na grilla i lokalnych win... podszyte świadomością konieczności wspierania lokalnego biznesu. Ponadto Szwajcarzy uwielbiają DIY i to nie ze względów czysto ekonomicznych, jak to w Polsce.


0 komentarze:

Aby zadbać o kulturę i merytorykę wypowiedzi oraz uniknąć spamu komentarze na tym blogu są moderowane. Bywam mocno zalatana, więc z góry przepraszam za opóźnienie w akceptacji bądź odrzuceniu komentarza.