Gdybym znowu miała 20 lat... porady dla dzisiejszych dwudziestolatków :)

/pexels
Niczego w życiu nie żałuję. To, co przeżyłam i jak ułożyło się moje życie sprawiło, że jestem tym kim dzisiaj jestem. Nie warto grzebać w błędach, żeby się umartwiać. Nie warto utyskiwać za przeszłością, bo to powoduje, że tracimy z horyzontu teraźniejszość i przyszłość. Ponadto wiele badań neurokogniwistów i psychologów udowadnia, że nasz mózg przeinacza nasze wspomnienia dla... zdrowia psychicznego. Więc to nigdy i wcale nie było dokładnie tak, jak nam się wydaje, że było ;). Warto na pewno wyciągać wnioski z tego, co się przeżyło i kreować naszą obecną rzeczywistość najlepiej, jak potrafimy.

Niemniej chciałabym czasami wiedzieć to, co wiem teraz, po fakcie, z perspektywy czasu. I chciałabym, żeby ktoś kiedyś potrafił mnie dobrze ukierunkować. Pokolenie moich rodziców, okresu transformacji, samo było zagubione w dynamicznie zmieniających się realiach, a i obecni dorośli często się gubią i wybierają konformistyczne rozwiązania, kurczowo trzymając się tego, co znane, bojąc się tego, co nieznane.

A więc gdybym znowu miała te circa dwadzieścia lat:

1. przynajmniej w wakacje wyjeżdżałabym na work&travel&language

Wiadomo, nie każdego stać na luksus podróżowania, ale już KAŻDY z nas może wyjechać w celu nauki języka, a na kurs, mieszkanie i życie dorobić sobie pracując w danym miejscu.

Dopiero w zeszłym roku dowiedziałam się, że np. Malta jest jednym z takich kierunków, gdzie są świetne kursy języka angielskiego, wszyscy mieszkańcy mówią doskonale po angielsku i bardzo łatwo o pracę w sezonie turystycznym. Np. jako kelnerka, barman, itp. Ponadto Malta oferuje multum rozrywek dla młodych ludzi.

Zamiast Malty można oczywiście wybrać Anglię, Amerykę albo Nową Zelandię! Nic, tylko uczyć się języka!

Angielski masz w małym palcu? W dzisiejszych czasach dynamicznego rozwoju technologii będzie coraz mniej miejsc pracy. Przyjmij za pewnik, że będziesz zmuszony do relokacji w swoim życiu za pracą, będą od Ciebie wymagać wysokich kwalifikacji LUB wielojęzyczności!!

Ponadto coraz więcej Polaków jest za granicą i na pewno masz przynajmniej jednego znajomego, który znalazł swoją polską połówkę za granicą. Jeśli dochodzi do relokacji za partnerem, to niestety ta druga osoba ma dużo trudniejszy start na obcym rynku. Nawet jeśli nie masz super kwalifikacji, to już sama znajomość języków pozwoli na znalezienie jakiejkolwiek pracy.

Czemu by nie spróbować nauki francuskiego we Francji lub Szwajcarii lub Kanadzie?

A może arabskiego w Emiratach, Egipcie?

A może japoński w Japonii? Białasy mają tam, i nie tylko tam, wzięcie do dowolnej roboty.

Wybierz swój język, wybierz fajny kraj i do dzieła! Kurs, praca i podróż w jednym!

Ponadto intensywne kursy "miejscowe" są zdecydowanie bardziej efektywne niż smętne lekcje w szkole i ma się szansę poznać mnóstwo niesamowitych ludzi!

2. zrobiłabym sobie gap year

Co prawda brałam dziekanki i podróżowałam, ale to co innego, i to też ma być rada dla Was.

Nikt mi nigdy nie powiedział, że przecież nie trzeba się nigdzie spieszyć! Ciągle była tylko presja, gonitwa za... no właśnie, za czym? Take life easy! Odradzam bycie biernym, nie jest też tak, że wszystko samo nam wpadnie w ręce, ale nie można też w szaleńczym pędzie spełniać życzenia rodziców i realizować swoje ambicje. To się może skończyć nawet w szpitalu...

Zapamiętaj! To nie ma znaczenia, czy zrobisz licencjat teraz, czy za rok, czy nawet za pięć! Najważniejsze abyś odnalazł siebie, robił to co lubisz, spełniał się, poznawał świat we wszystkich jego odcieniach. Dowiedz się, co Cię najbardziej interesuje i co chcesz robić w życiu. Odkryj, kim jesteś, a może nawet - gdzie chcesz żyć?

Wolontariat przy słoniach w Indiach, przy pandach w Chinach? Podróż dookoła świata z plecakiem w ręku? A może praktyki w różnych firmach, aby poznać różne zawody, rynki i wybrać to, co jest dla Ciebie? Go for it! Nikt nie odbierze Ci tego, co doświadczysz, czego się nauczysz.

W Szwajcarii np. aby zostać notariuszem, nie trzeba kończyć studiów! Wystarczy kurs zawodowy, praktyka i zdanie egzaminu zawodowego.

3. rozsądniej wybrałabym przyszłość/studia

W Polsce dominuje irracjonalny imperatyw studiowania, co niestety wpływa na samą jakość tych studiów i dewaluację tych osób, które je ukończyły. Bardzo wiele osób w efekcie studiów nie kończy, bądź po licencjacie zmienia kierunek na magisterkę, albo po magisterce musi zrobić podyplomówkę pod kątem tego, jak ułożyła się ich kariera.

Nie chcę odradzać studiowania, bo samo w sobie bardzo rozwija człowieka, cokolwiek byśmy nie studiowali i ów imperatyw w Polsce, mimo powiększającego się proletariatu, jest jedną z przyczyn ogromnego skoku pokoleniowego jaki wykonaliśmy jako kraj, goniąc zachód (systematycznie i dynamicznie podwyższamy poziom naszego społeczeństwa; rzadko który kraj osiągnął w 20 lat tyle, co my), jednakże z racji, że świadome życie mamy tylko jedno, i to krótkie, to szkoda go tracić na nietrafione studia bądź wieczne studiowanie.

A jak masz studiować trafiony kierunek, gdy nie masz czasu na wybór? Rozpoczynają liceum jesteś jeszcze dzieckiem, a kończąc masz "sajgon" z maturą, studniówką i wyborem kierunku...

Nie ma najmniejszego znaczenia jakie studia wybierzesz, bo po każdych, możesz być kimś, pod warunkiem, że to co studiujesz, naprawdę wejdzie Ci w krew, będzie Twoją pasją i dasz z siebie 200% w danej dziedzinie. Nie zrobisz tego studiując "cokolwiek".

W czasach dynamicznie rozwijającej się technologii i nadprodukcji "humanistów" warto przemyśleć kierunki ścisłe. Niemniej nie jest to wg mnie jedyna właściwa droga. Psychoterapeuta właścicieli technologicznych start-upów to też przecież dobry biznes ;).

Niezmiennie najbardziej wartościowe zawody pod względem perspektyw zatrudnienia, to te powiązane z niezmiennymi ludzkimi potrzebami. W myśl przysłowia: "Ludzie zawsze będą żreć, srać i umierać" ;). Czyli wszelkie zawody gastronomiczne, "sprzątające", grabarskie, formalnościowe, zdrowotne - zawsze będą w cenie.

4. pojechałabym na Erasmusa

Jak już wspomniałam, podróżowałam, realizowałam autorskie badania za granicą, robiłam praktykę studencką za granicą, pracowałam za granicą, ale nie byłam na Erasmusie. Poznaję coraz więcej ludzi, którzy z Erasmusa skorzystali, i widzę jak ogromną wartość wniosło to do ich życia, a czasem nawet spowodowało zwrot o 180 stopni. 

Nie wybierajcie kierunków Erasmusowych słynących z imprezowania i studenckiego życia. Wybierzcie taki kierunek, który realnie będzie miał wpływ na Wasze życie. Na przykład znajomy wybrał kierunek Niemcy, mimo że wszyscy odradzali i doradzali Hiszpanię. Dziś jest rozchwytywanym na całym świecie doktorem po niemieckiej uczelni. Koleżanka z Grecji pojechała na Erasmusa do Francji. Dziś jest wysoko wykwalifikowaną programistką w Szwajcarii :), a po Erasmusie pokochała Polaków :).

Nie martw się swoimi polskimi studiami, wszystko jest do ogarnięcia. Łap okazję z Erasmusem!


Zrobiłabym, pojechałabym... Przecież nie jesteś taka stara! Sama to zrób, co doradzasz!
Nie wykluczam, że w innych okolicznościach życiowych właśnie pakowałabym plecak i robiła którąś z powyższych rzeczy. Niemniej nie mam za czym utyskiwać, swoje już przeżyłam, swoje wypodróżowałam, swoje wyuczyłam i uczę dalej i obecnie mam inne priorytety. Nie wykluczam jednak, że np. jak odchowam dzieci, to nie wpadnę na któryś z powyższych pomysłów :). Życie to ciągła zmiana (lub wegetacja ;) ).

Jak znaleźć notariusza w Szwajcarii? "Take it easy..."

/pexels

To też będzie jeden z krótszych tekstów, bo jest to relatywnie proste, niemniej warto mieć na uwadze, aby nie spodziewać się, że ... ktokolwiek pracuje w piątek... a tym bardziej w świętej przerwie na lunch.

Więc jeśli chcecie uniknąć paniki na ostatni dzwonek, to polecam rozejrzenie się za odpowiednią osobą chwilkę wcześniej.

Notariusza pod względem kantonu, języka a nawet kodu pocztowego i odległości znajdziecie tu:
http://www.notaires.ch/annuaire.html

Jak wszystko w Szwajcarii - każdy zawód wymagający uprawnień ma swoje stowarzyszenia, a owe stowarzyszenia mają listy bądź wyszukiwarki odpowiednich osób.

Polskojęzyczni lekarze w Szwajcarii

/pexels

Ameryki nie odkryję i nie wiem, czy istnieje jakaś wyższość lekarza polskojęzycznego nad nieznającym tego języka, ale możliwe, że są ludzie, którym zapewni to przynajmniej komfort psychiczny, o ile nie ułatwi komunikacji w ogóle.

Mój zaglucony mózg szybciej zadziałał niż pomyślał i okazało się, że nie trzeba było uruchamiać żadnej akcji "zróbmy listę polskich lekarzy", bo od dawna już takie funkcjonują.

Niemniej zamiast przekopywać się przez forum czy bezkresnie googlować podrzucam poniżej linki:

doctorfmh.ch - lista lekarzy z uprawnieniami do wykonywania zawodu w Szwajcarii (w Szwajcarii trzeba mieć papier nawet na łapanie pcheł ;) niemniej masz pewność przynajmniej, że korzystasz z kompetentnej i legalnie pracującej osoby i łatwo ją znaleźć poprzez odpowiednie stowarzyszenia - chyba każdy zawód takowe ma, tak jak i w tym linku)
! Polecam korzystać z "advanced search", a nie tylko po kodzie ;)

polscylekarze.org - lista polskich lekarzy na świecie z wyszukiwarką ofc

forum-polonii.ch - lista lekarzy na forum polonii

Znasz jeszcze jakieś warte uwagi linki? Skomentuj lub podeślij :)

Gdzie zamieszkać w Szwajcarii francuskojęzycznej?

/
Znowu, i znowu, i znowu nie o koniach, za co koniarze już mnie ganiają. Za to trochę wskazówek o tym jak rozsądnie pomyśleć o planowaniu lokum w Szwajcarii lub podpowiedzi, czy by nie pomyśleć o zmianie.

To co z tym lokum?


Odnoszę wrażenie, że Polacy lubią miasta. Najlepiej duże. W Polsce "wszyscy ślepo walą do Warszawy", i to jest chyba jedna z przyczyn i skutków. Z jednej strony duże miasto to więcej możliwości i "big city life", z drugiej strony przez to, że wszyscy uderzają w jednym kierunku, to inne ośrodki miejskie mają gorsze możliwości rozwoju (porównajmy kraje postkomunistyczne, gdzie centrum kraju to stolica i kraje "zdecentralizowane" jak Niemcy, czy Szwajcaria - gdzie stolica nie równa się największe/najlepsze miasto). Ponadto mimo dużej migracji wewnętrznej "wieś-miasto" mamy niewielką migrację "miasto-miasto", co pięknie odzwierciedla np. mapa połączeń komunikacyjnych - dość jednokierunkowych.
Gdy Polak marzy zarówno o karierze, ale i o łonie natury, to najczęściej wybiera obrzeża miasta jako swoje siedlisko, a rzadko rozważy inne opcje. Faktem jest, że często ich po prostu nie ma. Nie ma pracy, nie ma dojazdu, niska płaca...

Gdybanie gdybaniem, ale nie musimy przenosić tego modelu na Szwajcarię. 

Ba! W Szwajcarii da się żyć bez samochodu nawet na wsi.

A sami Szwajcarzy chyba też za miastami nie przepadają.

Cena versus jakość


Znalezienie mieszkania na własną rękę graniczy z cudem. Jeśli nie masz znajomych w CH, nie korzystasz z firmy relokacyjnej i nie jesteś chociaż pół-Szwajcarem, to dorwanie atrakcyjnej oferty jest prawie niemożliwe. Jedna z przedstawicielek agencji nieruchomości powiedziała nam cichaczem, że fajne mieszkania idą po kolegach...

W okolicy Genewy (aż po obrzeża Lozanny), tak zwane ciepłe bułeczki, to mieszkania nawet do 2500 franków. Najbardziej chodliwe to te do 2000. Ciepłe bułeczki, czyli bardzo dużo chętnych i bardzo dynamiczna rotacja na rynku.

Oczywiście, można trafić kawalerkę w centrum Genewy za ledwo ponad tysiąc, ale czy gra jest warta świeczki?

Małe mieszkanie w Genewie o niskim standardzie potrafi kosztować tyle samo co nowoczesny apartament z ogródkiem "na wsi". Tyle że ta wieś, to nic co znamy z Polski. Wszystko jest zadbane, porządne, CZYSTE (ostatnia wizyta w Niemczech była dla mnie szokiem, "ależ tam brudno!"), urocze kamieniczki przy głównych ulicach, a dalej zmodernizowane stare domy zaadaptowane na apartamentowce albo zupełnie nowe osiedla domków wielorodzinnych.

Życie po expacku


Oczywiście, że fajnie jest mieć sklepy, usługi czy imprezy na wyciągnięcie pięty, ale to się sprawdza głównie gdy jesteś singlem. Jeśli przeprowadzasz się z partnerem lub z rodziną, to masz około 80% szansy na to, że Wasza emigracja się nie powiedzie (wrócicie do kraju ze względu na niezadowolenie połówki itp.) albo około 60% szansy na to, że się rozstaniecie/rozwiedziecie. Niestety nie pamiętam źródła do tych danych, ale robiłam ostatnio dość mocny expacki research i utkwiły mi te cyfry w głowie.

Nie ma nic gorszego niż "zamknięcie" Twojego partnera/męża/żony/dzieci/rodziny w czterech, klaustrofobicznych ścianach. Nawet jeśli są to ściany ze złota w najatrakcyjniejszym mieście świata.


Jeżeli oboje macie się za granicą odnaleźć, to musicie żyć, a nie wegetować, chyba że z oczywistych względów - nie domkniecie budżetu z droższym mieszkaniem i jesteście zdesperowani, żeby znaleźć cokolwiek, TANIO. *
*warto też pamiętać, że w CH standardem jest trzymiesięczna kaucja, choć można ją ominąć poprzez Swisscaution - niemniej nie wszyscy właściciele/zarządcy nieruchomości akceptują certyfikaty od tej firmy, a na dłuższą metę jest to drogie rozwiązanie (niby zamiast depozytu płacisz paręset franków rocznie, ale nie jest Ci to zwracane).


Cywilizowany kraj


Stety niestety logika Szwajcarska nakazuje, aby mieszkanie nie było droższe niż 30% Twojej pensji, a i często możesz usłyszeć, że mieszkanie np. 40 metrowe jest za małe dla dwóch osób.
 
Nie do końca chcę się rozpisywać o rynku najmu samym w sobie, a raczej o tym, aby przemyśleć nasze motywacje.

Jeśli przeprowadzacie się parą, to najlepiej będzie wynająć mieszkanie w takim miejscu, aby mieć więcej możliwości poszukiwania pracy, a nie dopasowując się tylko do jednego osobnika. Za taką ciepłą sypialnię Romandii służy między innymi odcinek między Genewą a Lozaną.

Ponadto ceny w Lozanie i okolicy są bardziej przystępne niż te przygenewskie, a regionalne pociągi ekspresowe jeżdżą regularnie, często, szybko i punktualnie. Przejechanie około 20 kilometrów zajmie tyle, albo i mniej, co kilku przystanków w mieście.

Logika szwajcarska nakazuje też, aby każdy mieszkaniec miał dostęp do komunikacji publicznej. Jeśli udowodnisz, że najbliższy przystanek jest dla Ciebie za daleko/oferuje niedogodne połączenie, to dostajesz zniżkę, o ile nie free, parking koło stacji kolejowej. Pociągi są zsynchronizowane z autobusami, a miejsca parkingowe w większych miastach "nie istnieją", więc największy weteran czterech kółek z przyjemnością przesiądzie się w szwajcarski transport miejski. Lepiej! Gdy pociąg spóźni się choćby minutę, to przez megafon zostaniesz za to 10 razy przeproszony i poinformowany o alternatywnym połączeniu.

Dorobić się


Jeśli nie jesteś wysokiej klasy specjalistą z nieprzyzwoitą ofertą finansową, to mieszkając w Szwajcarii nie licz na to, że się "dorobisz". Jeżeli naprawdę chcesz się dorobić i wrócić do kraju, to wygodniejsze ekonomicznie będzie mieszkanie przez granicę (lub założenie własnej firmy w CH, ale nie o tym ten tekst). Jeśli chcesz zamieszkać w Szwajcarii, to zdrowiej psychicznie będzie dla Ciebie wyjść z założenia, że przyjeżdżasz tu żyć, a nie "na chwilę". W zamian Szwajcaria odpłaci się wysokim standardem życia, bezpieczeństwem, bardzo przyjaznymi urzędami i wieloma logicznymi rozwiązaniami. "Niestety" takie "luksusy" mają swoją cenę.


To jak, wolicie mieszkać w mieście czy "na wsi"?

Po co Ci koń w Szwajcarii?? Czyli trochę faktów i mitów o posiadaniu konia.

/

Jest to najczęściej zadawane pytanie gdy ktoś się dowiaduje, że mam konia. I to jeszcze w Szwajcarii...

Jak wszędzie - nie jest to tania zabawa, choć w stosunku do nieoficjalnej minimalnej płacy i siły nabywczej pieniądza paradoksalnie nie jest zabójczo drogo.

To po co mi ten koń? Gdy zależy mi na szybkim zrozumieniu i krótkim tłumaczeniu laikom, mówię:
"Dowiadujesz się, że masz się przeprowadzić i w poprzedniej sytuacji życiowej miałeś psa. Co robisz z psem?"

Oczywiście konie z racji swojego charakteru, gabarytu, ceny, kosztu i komplikacji związanych z utrzymaniem i obrządkiem są dość mocno uprzedmiotowione i zawsze można pomyśleć o sprzedaży, dzierżawie lub oddaniu w trening. Ale nie uniknie się też faktu, że "pańskie oko konia tuczy"

Nabyłam to stworzenie świadomie, z pełną odpowiedzialnością zalet i wad tego rozwiązania. "Koniaruję" już ponad 20 lat i trochę wiem jaka to jest wbrew pozorom łyżka dziegciu do zjedzenia...

Sprzedaż konia z jednej strony rozwiązuje problem, z drugiej strony rozłamuje serce na ćwiartki, a też nie jest taka łatwa. Ponadto czasem długo trwa, szczególnie poza sezonem. Można czasami czekać na kupca miesiącami. W sytuacji przeprowadzki nie zawsze masz na to czas, a oddanie konia handlarzowi nie zawsze dobrze się kończy i także generuje koszty.

Dzierżawa jest wyjściem środka. Stety niestety miałam już doświadczenie z półdzierżawieniem swojego zwierza i wiem, że nie jest on stworzony do takich historii. Nie obwiniam "moich dzierżawców" za nic, a raczej bliżej nieokreślony los i energię, która doprowadzała do różnych chorób i kontuzji... I niestety od znajomych właścicieli także się wiele nasłuchałam historii z pół- i pełnych dzierżaw. Nawet przy najszczerszych chęciach i pełnym miłości sercu dzierżawcy bywa tak, że koń pozostaje "koniem jednego jeźdźca", a równie często tego szczerego serca nie ma i pozostaje "przedmiotem w leasingu", który jak się popsuje, to się zwraca do właściciela. A konie są tak trudne w diagnozowaniu, że potem często ciężko jest znaleźć przyczynę lub winnego i dochodzić swoich racji.

Oddanie w trening brzmi dumnie, ale nadal jest to bardzo tymczasowe i kosztochłonne rozwiązanie. Przecież koń nie będzie się wiecznie trenował za nasze pieniądze, chyba że jesteśmy szejkami arabskimi i naprawdę liczymy na to, że ktoś na tym zwierzaku coś osiągnie za nasze pieniądze...

Sęk w tym, że zainwestowałam w to zwierzę z pasji, a nie z faktu, że mam nieograniczony budżet. Moim życiowym marzeniem było stworzenie duetu marzeń: zajeżdżenie i wytrenowanie konia od zera, własnodupnie, aby z jednej strony w końcu realnie zweryfikować swoje umiejętności oraz aby mieć szansę na dalszy rozwój. Ponadto chciałam móc decydować o swoim i swojego końskiego partnera losie i wytworzyć stabilną relację pełną zrozumienia. Ani trenowanie na obcych koniach ani praca jako bereiter nie dały mi takiej możliwości. Charlotte Dujardin to trochę historia z bajek o księżniczkach... Zdarza się, ale... A też nie ma nic gorszego, gdy po 3 miesiącach Twojej ciężkiej pracy z jakimś zwierzęciem skrzywdzonym przez człowieka dowiadujesz się, że nikt inny poza Tobą w to zwierzę nie wierzy, mimo wyraźnych postępów, więc idzie ono na rzeź...

Jazda konna to nie jest wożenie się na koniku. To właśnie ta relacja między jeźdźcem i zwierzęciem, i to ona jest decydująca, także w zmaganiach sportowych. I to też dlatego w jeździectwie XXI wieku, kiedy to zasady konkursów stały się wyjątkowo wysublimowane, a jeździectwo spopularyzowane, to kobiety zdominowały ten sport, mimo że jeszcze do lat 80 w wielu szkołach jeździeckich odsyłano panny z kwitkiem...

No to pewnie jesteś bogata, bo u mnie/w moim kraju to jest sport elit.
You talking to me? Nie, jestem po prostu zdrowo jebnięta. Też się czasami zastanawiam co ja robię w stajni parkując złomem między SUVami ;).
W Polsce jeszcze tak bardzo tego nie widać, tego sportu elit, bo u nas do niedawna "wszyscy mieli po równo" poza wyjątkami, a wiele stajni było państwowych (wraz z prywatyzacją zaczęła się elitarność) i rzeczywiście, jak ktoś coś robił, to robił to z pasji. Za granicą chyba jest mniej takich osób, które wiele sobie odmówią dla pasji, choć spotkałam osoby o takim profilu. Ale raczej po prostu aż tak bardzo tego nie widać, bo tu z założenia jak masz pracę, to na wiele Cię stać. Nie to co w Polsce, że masz pracę i dalej dziadujesz. Niezależnie od tego jaką.

No i wisienka na torcie w kontekście dylematu: koń w CH czy koń frontalier?
W każdym kraju stajnia to swojego rodzaju społeczność. Jeśli chcesz tu znaleźć pracę, nawiązać znajomości itd., to lepiej trzymać kopyta w Szwajcarii ;). Szwajcarzy są w Romandii niestety mniejszością populacji i już sam fakt, że jakichś się poznało (nie mając np. partnera Szwajcara), to jak zdobycie Nobla :D.

W ramach podsumowania mogę powiedzieć tyle, że dopóki mam dach nad głową i miskę, to moja osoba jest w pakiecie z kopytami i mniej ekstrawaganckie pomysły na życie przemyślę w ramach kryzysu lub kolejnych generalnych zmian. Nie ukrywam, że jak bym zaczęła myśleć o dziecku, to niestety z koniem musiałabym się co najmniej rozdwoić... Na razie wiele zawdzięczam temu zwierzęciu - między innymi zweryfikowanie toksycznych związków i znalezienie tego jedynego (żaden nie był koniarzem) i ogólne przewartościowanie życia, więc ta relacja jest obarczona zbyt wielkim ładunkiem emocjonalnym, absolutnie nieracjonalnym.

Jak znaleźć tłumacza w Szwajcarii?

/livinglanguage.com

Musisz ASAP przetłumaczyć dokumenty? Do urzędu, na Uniwersytet? (by the way aplikacje obcokrajowców na UNIGE są przyjmowane do 28 lutego, więc ostatni dzwonek na generalne perturbacje w Waszym życiu w najbliższym roku ;), a wiadomo co są warte polskie dyplomy...).

Najlepiej brać oryginały po angielsku, jeśli tylko jest taka możliwość. Kto nie był mądry zawczasu lub nie miał takiej możliwości - teraz nieźle zabuli.

Jeśli wiesz, że wyjedziesz za granicę albo nie wykluczasz takiej możliwości, a nie mogłeś wziąć wcześniej dokumentów oryginalnie po angielsku - przetłumacz je sobie w Polsce zanim przyjdzie "niespodziewana" godzina 0.

Jeśli już jesteś za granicą, a nie daj boże w Szwajcarii, opcje są dwie:
- tłumaczenie w Polsce z przesyłką priorytetową lub kurierską
- tłumaczenie przez miejscową firmę

Wszystko zależy od tego ile masz czasu. Jeśli czas Cię goni (przesyłka pocztowa priorytetowa może trwać tydzień/dwa), Polska firma nie chce wysłać kurierem lub uważasz, że przesyłka kurierska będzie za droga (minimum 20 euro albo wycenione jako usługa z marżą firmy tłumaczeniowej), to zostaje Ci szukanie firmy miejscowej.

Licząc, że czas=pieniądz=życie, to da się znaleźć relatywnie tanie firmy, nawet w Szwajcarii.

Standardowa stawka w Szwajcarii tłumaczenia przysięgłego +/- 6 stron tekstu z polskiego na angielski waha się między 600-1000 franków.

W Polsce jest to 600-1000zł (+przesyłka, +czas).

ALE
udało mi się znaleźć tanią i na pierwszy rzut oka porządną firmę (to się jeszcze okaże), która jest niewiele droższa pod względem tłumaczenia z polskiego na angielski niż polskie firmy, a przynajmniej będę miała tłumaczenie od ręki. Jest to Excelcis: http://www.excelcis.ch/ .

Wysłałam zapytanie ofertowe do 8 firm, w tym dwóch polskich, z klucza: nie przychodzi mi żadna znana firma do głowy, więc wujek google coś poleci.

Na pewno mogę Wam od razu odradzić firmę Traducta SA z grupy Optilingua. Umiejętność czytania ze zrozumieniem i analizy treści wśród osób na frontlinii jest porażająca, więc już ten pierwszy kontakt zraził mnie do tej firmy. Skoro nie potrafią zrozumieć prostego maila, który zrozumiało pozostałe 7 firm i zadają Ci pytania do rzeczy, które już zostały napisane, to jakiej jakości tłumaczenie dostarczą? Nawet jeśli jest to wina jakiegośtam salesmana i tłumaczenie byłoby ok, to nie będę wspierać swoimi pieniędzmi firmy, która zatrudnia jełopów albo zatrudnia ludzi na tak beznadziejnych warunkach, że nie może znaleźć kompetentnych.

Myślicie, że Polaków w Szwajcarii jak psów, to i tłumacze się znajdą? Otóż nie sądzę. Z racji, że jak już coś robię, to robię to dobrze, to sprawdziłam też informacje w stowarzyszeniu/związku tłumaczy przysięgłych w Szwajcarii.  

Nie ma ani jednego tłumacza przysięgłego z języka polskiego na język angielski w Szwajcarii. Jednocześnie bardzo trudno jest tu wyrobić odpowiednie uprawnienia.


To jak to jest możliwe, że można sobie tak przebierać w firmach? I dlaczego wiele firm "szwajcarskich" oferuje dziesiątki języków?

Domyślam się, że outsourcing. Dobra i sprytna firma zapewne należy po prostu do międzynarodowej sieci tłumaczy przysięgłych, zleca moje tłumaczenie w Polsce, a podpisuje się na oryginale swoją licencją i zgarnia swoją marżę za tusz do pieczątki ;). Teraz szkopuł tkwi w tym, kto zakombinuje tak, że policzy sobie jak by robił to tłumaczenie osobiście w CH i po szwajcarskiej stawce (ale nie płacąc Polakom-chińczykom ani grosza więcej), a kto będzie tak miły, że nie poleci sobie w kule :).

Trochę jak w tym żarcie o Polaku, Niemcu i Szwajcarze u św. Piotra.
Polak, Niemiec i Szwajcar trafiają do nieba, ale św. Piotr mówi:
- Kochani, chętnie bym Was wpuścił, ale brama się popsuła. Który z Was będzie tak uczynny i ją naprawi?
Polak mówi: Ja naprawię, za 50 euro.
Niemiec mówi: Ja naprawię, za 200 euro.
Szwajcar mówi: Ja naprawię, za 1000 euro.
Zdziwiony Piotr pyta Szwajcara: Szwajcarze, dlaczego tak drogo?
Sz: Bo 200 dla Niemca, 50 dla Polaka, a reszta dla mnie.

A jakie są Wasze doświadczenia z tłumaczeniami w Szwajcarii?

25 faktów o Szwajcarii, których nie znasz

/pexels
Szwajcaria to:

1. Jeden z dwóch krajów na świecie z kwadratową flagą.

2. Kraj w pełni przygotowany na wojnę nuklearną (schrony dla każdego mieszkańca, wyposażenie armii).

3. Kraj, którego wszystkie strategiczne punkty komunikacyjne/transportowe są zaminowane, aby w razie wojny lub kryzysu odciąć drogi wtargnięcia do kraju (3 000 lokacji).

4. Miejsce z najdroższą kawą na świecie (Zurych).

5. Federacja autonomicznych kantonów, w której obywatele mogą podważyć każdą nową ustawę.

6. Ojczyzna sławnych rozwiązań technologicznych: Velcro, wielofunkcyjny scyzoryk, celofan, absynt, obieraczka do ziemniaków, font Helvetica, LSD, muesli, jadalna złota czekolada i wiele innych.

7. Kraj, w którym mężczyźni żyją najdłużej w porównaniu z innymi krajami.

8. Kraj, który zabrania trzymania jednego zwierzątka klasyfikowanego jako towarzyskie (np. świnki morskie, chomiki, rybki, kanarki) oraz ma nawet adwokata zwierząt i firmy zajmujące się wynajem zwierzątek do towarzystwa (w razie gdyby partner naszego zwierzaka zmarł).

9. Kraj z podatkiem za posiadanie psa.

10. Kraj przodujący w rankingach poziomu życia i szczęścia.

11. Górzysty region z 208 górami powyżej 3 000 m n.p.m.

12. Rodzice nie mogą nadać dziecku dowolnego imienia.

13. Najmniej przestępczym krajem mimo zezwolenia na posiadanie broni.

14. W którym Einstein wymyślił swoje sławne równanie: E=mc2 (chciał uniknąć obowiązku wojskowego).

15. Kraj z anty-power pointową partią polityczną.

16. Niedzielna i nocna cisza. W tym dniu/po 22 nie wolno: kosić, robić prania, myć samochodu, wynosić butelek na śmietnik. (Niemniej jest tak dużo expatów, a w większości mieszkań tak grube ściany, że da się czasami przeżyć bez szwanku robiąc powyższe.)

17. Kraj z najdłuższym tunelem (i ogromną ilością tuneli).

18. Kraj, w którym kobiety zdobyły całkowite prawo głosu dopiero w 1971r.

19. Kraj bez jednego prezydenta lub premiera. Krajem zarządza siedmioosobowa rada, która co roku ma innego leadera.

20. Kraj, w którym jest więcej palaczy tytoniu niż w Ameryce i Wielkiej Brytanii

21. Jeden z największych rynków hashu i trawy.

22. Nieupijający się kraj. Najchętniej spożywane jest wino i piwo i raczej bez chęci upicia się. A prawie cała krajowa produkcja wina jest konsumowana na rodzimym rynku.

23. Kraj czekolady - przeciętnie 11kg czekolady rocznie na mieszkańca jest spożywanych w Szwajcarii.

24. Ekologia - 60% energii pochodzi z elektrowni wodnych.

25. Stacja kolejowa z największym zegarem (cyferblatem) na świecie - w Aarau.

źródło: http://www.expatica.com/ch/about/35-facts-about-Switzerland_100041.html


Co ma wspólnego uzyskanie permitu, poszukiwanie pracy i nauka języka w Szwajcarii?

/pexels

Nie wiesz jak zalegalizować swój pobyt w Szwajcarii? Jak znaleźć pracę i jak nauczyć się jednego z języków szwajcarskich? I nie wiesz jak upiec tego kotleta wzajemnie? Czyli ten artykuł będzie o tym jakie są powiązania pomiędzy tymi rzeczami.

Najprostszą możliwą sytuacją do uzyskania permitu w Szwajcarii jest przyjechanie do niej z kontraktem w ręku. Drugą w kolejności tzw. "łączenie rodzin", a trzecią dołączenie do swojego partnera, który owy kontrakt ma. Przypominam, że Szwajcaria jest poza Unią i można w niej przebywać turystycznie max 3 miesiące, a podanie o permit należy złożyć najpóźniej miesiąc przed końcem tego terminu.

O co tyle krzyku? A o to, że wśród ludzi, których tu spotykam, poznałam już sporo "nieogarów" lub osób, które mają pewne przekonania w głowie i nie potrafią ich przeskoczyć w kontekście szwajcarskiej logiki.

Masz problem z uzyskaniem permitu? Zapisz się do szkoły językowej na intensywny kurs języka! Otóż w szwajcarskiej logice mieści się pojęcie "studenta" nawet pod kątem nauki języka i można otrzymać permit studencki dzięki zaświadczeniu ze szkoły językowej :). Jest to drogie rozwiązanie, bo takie kursy nie są tanie, ale może komuś uratować tyłek i pomóc zalegalizować pobyt. A może nie masz żadnych związków z Szwajcarią, ale chcesz sobie tu przyjechać, zobaczyć jak jest i na spokojnie szukać pracy? Rozwiązanie problemu permitu przez szkołę językową też może być dla Ciebie. Ale licz się z tym, że to nie będzie jedyny niemiły koszt.

Ok, mam permit, ale nie mam kasy na kurs języka, co robić?
Skoro nie masz kasy, to pewnie też szukasz pracy ;). Zarejestruj się w swoim ORP (jeśli masz permit i nr AVS ubezpieczenia zdrowotnego). To ichniejszy urząd pracy. Nie ma się czego bać! Owe urzędy działają dużo sprawniej i lepiej niż w Polsce i nikogo nie gnębią. Jeśli nie przepracowałeś ani jednego dnia w Szwajcarii, to raczej nie masz szans na zasiłek (a jeśli tak, to masz, ze względu na umowę bilateralną z Unią/Polską), ale pomogą Ci szukać pracy, wyślą Cię na kursy doszkalające/przebranżawiające, mogą zaoferować Ci bezpłatny (płatny - patrz wyżej) staż we współpracującej instytucji (w Szwajcarii największe znaczenie mają kontakty i rekomendacje, więc każdy staż jest wiele wart) i wisienka na torcie: ZAPŁACĄ CI ZA KURS JĘZYKA!

Jeśli nie masz zasiłku, to jesteś w dużo lepszej pozycji wyjściowej, bo zasady współpracy z ORP będą mniej restrykcyjne, a konsultant bardziej wyluzowany. Np. teoretycznie powinieneś przyjąć każdą ofertę jaką zaoferuje Ci konsultant bez gadania, ale jak nie jesteś na zasiłku, to jest mniejsza presja pod tym względem. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę ;).

Może się trafić też konsultant "urzędas", ale zasłyszana historia: "na zakończenie spotkania usłyszałam tak: no w tej chwili nie mam żadnej 'sexy' oferty dla Ciebie, więc nie będę Cię wpychał byle gdzie" :).

Jednym słowem - nie bójcie się szwajcarskich urzędów, bo tylko możecie zyskać na współpracy z nimi i gładko krok po kroku przeprowadzą Was przez każdy proces i zagwozdkę.

Ktoś ma już doświadczenia z ORP? Jakie są Wasze?


Kastrować i dbać!

/

Czy ktokolwiek widział w Szwajcarii zabidzone zwierzęta?

Czy ktokolwiek widział szczekającego, rzucającego się na ludzi lub inne zwierzęta psa?

Czy ktoś widział zabidzonego, maltretowanego konia?

Może tak, ale to są tak marginalne przypadki, że nie sposób sobie nawet zdawać z nich sprawę!

O tym, że sąsiedzi mają psy wiem tylko jeśli widzę, że ktoś z nimi spaceruje, bo... ich nie słychać. I nie, nie mają naciętych strun głosowych - są obowiązkowo wyszkolone. Podobno (jeszcze tego nie przechodziłam i nie wgryzałam się w temat, ale spokojnie możecie doczytać szczegóły u blabliblu) każdy pies musi zostać zarejestrowany i w odpowiednim czasie przeszkolony wraz z właścicielem.
Podobno też, gdy chcesz wziąć czworonoga ze schroniska, to proces adopcyjny jest prawie tak skomplikowany jak adopcja dziecka. 

Koty sąsiadów regularnie przechadzają się po moim ogródku poszukując posiłku jeża Henryka lub ostentacyjnie wślepiają się w drzwi balkonowe, gdy go nie znajdą. Wszystkie odpasione jak delikwent na zdjęciu powyżej i piękne (np. tureckie; dużo rasowych).

Konie wszędzie krągłe jak pączki w maśle, a już nawet współczesne, niemieckie metody szkoleniowe są na wrażliwość szwajcarską za ostre. Czasami "wstydzę się" jak jeżdżę, choć uważam, że krzywdy koniowi nie robię (może to tylko niska samoocena), niemniej dynamika mojej jazdy wydaje mi się ogromna w porównaniu z dynamiką jazdy i wymagań tutejszych jeźdźców, wcale niezłych.

Kastrować i dbać!
Tak podsumowałabym motto posiadania zwierząt w Szwajcarii. Wszystkie zwierzęta niehodowlane a towarzyszące są wykastrowane i zadbane i wg mnie tak powinno być w cywilizowanym kraju. Tylko w Polsce widziałam takie obrazki, że jak mężczyzna posiada psa czy konia to koniecznie "z jajami", "bo szkoda mu zwierzęcia, tak jak sam siebie by nie wykastrował". No żesz ile trzeba mieć IQ, żeby takie głupoty wygadywać! Zwierzę odizolowane od stada i "warunków naturalnych" męczy się ze swoją seksualnością i płodnością i męczy też swoich właścicieli! Niekastrowane zwierzęta też, o dziwo, częściej chorują!

W kontekście koni długo tłumaczyć nie trzeba, bo ogiery są po prostu niebezpieczne, a trzymanie konia, który jest ogierem dla własnego dobrego samopoczucia to skazywanie takiego zwierzęcia na izolację, depresję, frustrację itd. Ogier nie może wychodzić na padok z innymi końmi, musi mieć bardziej pozabezpieczane swoje miejsce przebywania itd. itp. Oczywiście, zdarzają się baranki, które nie wiedzą jak pachnie klacz, ale to są wyjątki i kwestie indywidualne.

Dla mnie, jako koniary, kastrowanie zwierząt "do towarzystwa" jest absolutnie normalne i wręcz obowiązkowe i dla cywilizowanych kultur jak szwajcarska najwyraźniej też. I tak trzymać! Logika górą!

W wolnej chwili postaram się zebrać wszystkie ciekawostki na temat prawa do posiadania zwierząt w Szwajcarii, takich jak to, że zwierzątka towarzyskie (np. chomiki) można kupować tylko w parach, albo że psa można pozostawiać bez opieki max 8h.

Więcej o szwajcarskim prawie:
https://www.animallaw.info/statute/switzerland-cruelty-swiss-animal-protection-ordinance 

I prawo dotyczące dobrostanu zwierząt w Szwajcarii służące jako wzorzec w analizie:
https://www.djurensratt.se/sites/default/files/best-animal-welfare-in-the-world.pdf 

Obalamy mity na temat kastracji:
http://www.obrona-zwierzat.pl/sterylizacje.html

Zasady poruszania się po ujeżdżalni po szwajcarsku...

/pexels
Moje spostrzeżenie może być na razie niemiarodajne, bo nie ruszyłam się poza swój pensjonat na razie, ale na pewno ciekawe.

W jeździeckim świecie podstawy poruszania się po placu do jazdy, gdy jest więcej koni, są następujące:
- mijamy się lewą ręką (ruch prawostronny)
- wyższy chód ma pierwszeństwo (czyli kłusujący ustępuje galopującemu, a stęp z zasady na drugim śladzie)
- jeździec na pierwszym śladzie/jadący na wprost przed jeźdźcem wykonującym figurę
+ wchodząc na halę trzeba o tym fakcie uprzedzić aby jeźdźcy na płochliwych koniach mogli się przygotować na ewentualne atrakcje

W Polsce też normalnym jest, że każdy jeździec łamiący te zasady zostanie srogo zrugany i dogłębnie wyedukowany o "mojszej racji" bardziej ogarniętych lub bardziej kłótliwych jeźdźców.
Jedynym odstępstwem od tych zasad jest sytuacja, w której wśród jeżdżących jest ewidentnie słabszy jeździec, słabiej panujący nad swoim wierzchowcem, i wtedy się mu ustępuje, po prostu.

Zasady poruszania się na placu w Szwajcarii?

Eeeee... istnieją?

Nie wiem na ile to wpływ francuskiego luzu, a na ile faktu, że w obecnej stajni mam raczej dobrych jeźdźców, ale:
- na prośbę o wytłumaczenie mi tutejszych zasad/regulaminu stajni rozkładają ręce (może są dla nich tak oczywiste, że aż nieświadome)
- ani razu nie miałam kolizyjnej lub konfliktowej sytuacji, a ruch na placu przebiega płynnie
- zasady ręki i chodów prawie w ogóle nie mają znaczenia
- nikt nie uprzedza o zamiarze wejścia na halę, nikt nie pilnuje psów, nikt nie narzeka na to, że tuż koło placu potrafią się dziać dziwne, nagłe, hałaśliwe, przeszkadzające teoretycznie treningowi sytuacje (tuż za drzwiami jest warsztat przyczep).

To są jakieś zasady?
Jedyna logika jaka rządzi tym, co się dzieje w stajni to ... zdrowy rozsądek.

Na hali mijamy się tak jakie mamy możliwości - komu będzie wygodniej, szybciej.

Hałas różnych maszyn, spawarek, czy rozsuwanych drzwi do hali też jest normalnym zjawiskiem, a konie mają się do niego przyzwyczaić. Jak wyjedziesz na zawody będzie gorzej. Jeździec jak nad koniem nie panuje, to niech się weźmie za lekcje jazdy konnej i odda niepokornego wierzchowca komuś, kto sobie z nim poradzi, w trening.

Kropka, po żołniersku.

Jedyną nieprzyjemną sytuację miałam, gdy na hali była osoba bawiąca się w naturals i sznurki mimo ogólnego zakazu lonżowania na placach (no niby nie lonżuje, ale...). Bardzo ją lubię, bo jest sympatyczna, ludzka, pomocna, ale niestety ... nieświadomie przeszkadzająca, choć stara się nie. Ona + sznurki + koń tworzą zestaw zajmujący przestrzeń 3 koni w zastępie, a na hali dodatkowo są rozstawione przeszkody... (Co robi z koniem? Absolutnie nie mam pojęcia. Coś, co dla klasyka wygląda jak jakiś totalny bezsens, ale każdy lubi, to co lubi, skoro ma z tego przyjemność...)
Możecie sobie wyobrazić jak trudno się wtedy manewruje, szczególnie z koniem, który ze względu na oblodzenie nie wychodzi na padok (jak i większość) i para bucha mu uszami. Mimo że pierwsza wjechałam na linię prostą, to z krótkiej ściany z naprzeciwka wjechała mi druga galopująca osoba. Niby z pierwszeństwem, ale skoro obowiązuje logika i ja prawie cwałuję, to zanim wjechała na tę ścianę, to mogła się rozejrzeć i zobaczyć, że nawet jak bym chciała, to nie miałabym jej gdzie zjechać, bo mijam "sznurki" i jedzie na elegancką czołówkę xD. Nic to, moje konisko na szczęście głupie nie jest, a i zwrotność w awaryjnych sytuacjach ma dobrą, więc jakimś bliżej nieokreślonym półpiruetem wybrnęliśmy z sytuacji xD.

Jeździcie za granicą? Jakie różnice między polskimi zwyczajami zasad a zagranicznymi widzicie?

Co łączy Szwajcarów, Arabów i Hindusów?


/pexels
Co powie Arab?
"Arabki lecą wyłącznie na kasę, tak trudno znaleźć fajną, niematerialistyczną arabkę."
Co powie Hindus?
"Hinduski lecą wyłącznie na kasę, tak trudno znaleźć fajną, niematerialistyczną hinduskę."
Co powie Szwajcar?
"Szwajcarki są takie high-end, jak nie jesteś dyrektorem banku z Ferrari i basenem, to nie masz szans."

Dodam od siebie, że kultury orientalne akurat studiowałam i badałam, a Szwajcarów może super dobrze nie znam, ale tu i tam zasłyszałam, tu i tam przeczytałam. Zresztą wystarczy rozejrzeć się po sąsiedztwie. O ile prawdziwych Szwajcarów się spotka, o tyle Szwajcarek ni widu ni słychu i niektórzy śmią twierdzić, że wręcz nie istnieją. Szwajcarki najczęściej raczej wybierają Szwajcarów, ale Szwajcarzy dość często wybierają kobiety innych narodowości.

Wiadomo, myślenie że kobiety wyłącznie lecą na kasę jest dość szowinistyczne i frustrackie i w dużej mierze może wynikać z problemów natury psychologicznej osoby mającej taki pogląd i to jest raczej prawda uniwersalna (spotykana i w Polsce).

A czemu akurat te nacje wybrałam do porównania? Bo wbrew pozorom w każdej z nich prawa kobiet "są za murzynami". W Szwajcarii kobiety uzyskały prawo głosu dopiero w latach 70", a wage gap wynosi około 20% (w Polsce średnio 6%, a też jest na co narzekać).

No to co się dziwić, że skoro kobiety nie mogą być w pełni niezależne od mężczyzn, to wolą wybrać lepsze zło w kontekście swojej przyszłości? 
Jak bym była hinduską i w perspektywie miała wejście "z miłości" do biednej, prostackiej rodziny, która będzie decydowała o dalszym moim życiu (poprzez najstarszą kobietę w rodzie) i nie będę miała, z racji braku środków, dostępu do prywatnej opieki medycznej w ramach porodu, a moja codzienność ograniczy się do 4 ścian, a skoro mogłabym wybrać partnera z rozsądku, który swoje osiągnięcia życiowe na pewno po części opiera na otwartym, a nie konserwatywnym myśleniu i będzie go na założenie rodziny i zdjęcie ze mnie części obowiązków np. poprzez pomoc domową, opiekunkę do dziecka stać. Wybór klaruje się sam. Jeśli wybierzesz "dobrą" osobę, która pretenduje do bycia partnerem-przyjacielem, to nawet jest szansa, że się w niej wcześniej czy później zakochasz. Rzadko bywa odwrotnie - wieloletni związek z samego "zakochania".

Jak bym była Arabką - tym bardziej.

A Szwajcarką będąc - nie znam punktu widzenia Szwajcarek, ale skoro:
- w publicznej szkole dzieci wracają do domu na lunch i mają dużo wolnych dni
- świetlice, stołówki i opiekunki są bardzo drogie
- pracując i tak zarobisz mniej niż facet, a rynek pracy również wydaje się być konserwatywny i niespecjalnie przyjazny kobietom
- Szwajcar może, ze względu na wychowanie własne, subtelnie Ci sugerować, że skoro macie dzieci, to masz siedzieć z nimi w domu, tak jak jego matka (chociaż to już zależy od osobnika, ale tak np. często twierdzą Niemcy)

Nie chcę udowadniać teraz, że kobiety są materialistkami albo że ja nią jestem, ale widzę w nasileniu tego typu stwierdzeń wśród konkretnych nacji pewną logikę.

Ja faceta wybrałam z klucza dopasowania do sukienki na ślubie, na którym byłam świadkową i o dziwo został, nie uciekł :D. Totalny przypadek jednym słowem.

Raclette i inna "bida" kuchnia

/
Jak zwykle potrzeba matką wynalazku podsycana sezonowością. Już przed przyjazdem wiedzieliśmy, że Raclette i Fondue to takie jakby tutejsze dania narodowe, ale dopiero teraz zdaliśmy sobie sprawę z natury i skali tych potraw, mimo że od wprowadzenia się tu mieliśmy odpowiednie sprzęty w mieszkaniu.

Znajomi odradzili nam na razie robienie Fondue w domu, bo podobno jest to technicznie wymagające i nie opłaca się przy małej ilości osób. Za to Raclette mieliśmy już okazję jeść i w restauracji i u znajomych, ale nie zdobyliśmy się na odwagę, ani nie oświeciło nas zdroworozsądkowo do tej pory, żeby je zrobić samemu.

Dlaczego nie oświeciło? Bo na bardziej banalny posiłek bym w życiu nie wpadła... A stety niestety czas na gotowanie jakim dysponuję liniowo się kurczy od momentu przyjazdu. Dotychczas "inwestowaliśmy" w gotowanie po polskiemu domowemu na bazie francuskich produktów (prościej niż na bazie szwajcarskich, wspominałam o tym przy okazji wątku zakupowego). Może też wyszliśmy z założenia, że półprodukty do Raclette, szczególnie ser, będą drogie i że trzeba się na tym znać. Otóż warto wiedzieć jaki ser nadaje się do zrobienia Raclette, warto znaleźć ten, który nam odpowiada, a i cenowo wśród powszechnych produktów też się nie popłynie.

Nie trzeba z tego robić fizyki kwantowej, chyba że zapraszacie na Raclette Szwajcara ;). Francuz przymknie oko na to co postawisz na stole, chyba że źle dobierzesz wino. Szwajcar będzie przez całe spotkanie dywagował o najlepszych, jakościowych rozwiązaniach pod Raclette i najlepszych serach i o tym co to tak naprawdę jest Raclette, a co tylko je udaje itd.

Co nas skusiło żeby odczarować naszą demoniczną spuściznę mieszkaniową? Promocja na serki typu Raclette w plasterkach w naszym ulubionym sklepie ;p.

I co? I chwilowo już nie chcemy jeść nic innego!

Co jest takie świetne w Raclette? I dlaczego Polacy są tacy nielojalni pomidorówce?
To, że "robi się samo". Jest to NAJLEPSZA rzecz na świecie jaką możesz przygotować dla gości, bo wtedy nie stoisz przy garach "na imprezie" i jest to NAJLEPSZA obiado-kolacja na świecie jak nie masz nawet kiedy ugotować...

Jak przygotowuje się domowe Raclette?
NAJPROŚCIEJ na świecie! :) Największą inwestycją jest grill do Raclette - ale uwaga, bo "prawilna" maszyna to taka, w którą wsadza się cały kawał sera i zeskrobuje stopniowo stopioną część - nie nadaje się na "micro rodzinny", czy singielski posiłek.

Typowa maszyna domowa "obsługuje" ser (typu Raclette) w plasterkach.
Co potrzebujesz? Ser w plasterkach i wszystko co pasuje do sera. Standardowo są to ugotowane ziemniaki w kapturkach, habanina typu (specjalna lub nie) szynka, może być habanina, którą szybko (małe, uprzednio zamarynowane kawałki) ugrillujesz nad serem (maszyny do domowego Raclette są dwupoziomowe) i wszelkiego rodzaju konserwy: korniszonki, kukurydza w słupkach, cebulka i w sumie co sobie dusza zażyczy. Dodatkowo możesz sobie kupić przyprawę do Raclette lub do pizzy lub młynek do pieprzu i przed roztopieniem sera go doprawić.

Ja ostatnio zakochałam się w komosie ryżowej (różnoziarnistej), więc zamiast ziemniaków wrzuciłam na talerz komosę. Bardzo dobrze też wchodzi mi Raclette z suszonymi pomidorami w zalewie.

Dlaczego konserwy do Raclette? Ze względu na strawność zestawu. Z surowymi dodatkami możesz sobie rozstroić żołądek. Pamiętaj też aby nie świrować z piciem - po bożemu: wytrawna herbata lub białe wino.

O co chodzi z tą bidą?
Zaliczam Raclette do uniwersalnych, gastronomicznych cudów ludzkości. Tak samo jak pizza dla Włochów jest de facto potrawą "dla ubogich", bo jest to kawałek ciasta, na który możesz wrzucić wszystko, co masz pod ręką, więc w suchych czasach możesz pizzę zrobić z czegokolwiek na co cię stać lub co jest dostępne; tak samo jak zupę możesz zrobić z czegokolwiek co wrzucisz do wody lub co da się zblendować i ugotować i w suchych czasach z jednej kurzej nóżki nakarmisz całą rodzinę; tak samo jak na patelnię, do ryżu wrzucisz wszystko co da się usmażyć i wymieszać - paella; tak samo Raclette.

Szwajcaria nie od zawsze jest bogatym krajem, a od zawsze jest krajem góralskim. Górzyste tereny nie słyną z rolnictwa z oczywistych względów geograficznych i glebowych, a z pasterstwa, więc ser jest tu bardziej powszedni od chleba ;). Wrzucić ser na ogień, a do sera wrzucić co wpadnie w ręce - i masz fondue; polać cokolwiek co da się zjeść - i masz Raclette :). Oczywiście wraz z dobrobytem rytuał Raclette nabrał odpowiedniego namaszczenia i specjalizacji.

Jedliście już Raclette? Zeszwajcarzeliście włączając je do swojej diety? Jakie najbardziej lubicie?

Lifehack: oszczędne zakupy online w Szwajcarii? Możliwe? (dla konia i nie tylko)

/pexels
Znowu podpadnę Szwajcarom, szwajcarskiej gospodarce i szwajcarskiej gościnie.Podpowiem Wam lifehack na ekonomizację zakupów niepierwszej potrzeby.

Co chwila czegoś mi brakuje w Szwajcarii lub jest po prostu zabójczo drogie. Mam moralniaka, że ja i pewnie wielu expatów w ten sposób działamy na niekorzyść goszczącego nas kraju, niemniej o ile dostępne mi środki do życia są ponad normę to już per capita są poniżej średniej - jednym słowem muszę uważać na swoje/nasze wydatki i chodzić na kompromisy. Przy czym wolę kompromisy siedząc w Szwajcarii niż życiowe dylematy w PL, bo "end of the day", nawet jak by zamknięto granice, to i tak poziom życia (i logiki na każdej płaszczyźnie) jest nieporównywalnie lepszy, a też dzięki niektórym swoim wyborom mam szansę wspierać kraj swojego pochodzenia, który ma jeszcze z 50 lat do nadgonienia zachodu. Tymże tłumaczeniem się (czego w swej formie nie lubię) piekę 2 pieczenie na jednym ogniu.

To jak robić zakupy niepierwszej potrzeby, żeby nie zwariować i realnie oszczędzić?
Jestem już z pokolenia mocno "digitalowego" i zakupy online były dla mnie zawsze oczywistym zajęciem, tym bardziej że nie cierpię chodzić po sklepach.

W Szwajcarii z braku znajomości rynku brakuje mi tego trochę (bardzo) i na pewno mam sporo do nadrobienia w temacie, niemniej czekają nas spore oszczędności robiąc zakupy na innych rynkach europejskich.

Przepracowałam już robienie zakupów końskich, ciuchowych, książkowych, gadżetowych.

O tym jakie przesyłki nie podlegają ocleniu pisałam już tu: bez cła .

Jak robić rozsądne zakupy online w/do Szwajcarii?

1. Standardowo - porównaj różnice cen. Zakupy końskie w Polsce, a nie w Szwajcarii, są dla mnie oczywiste, bo np. uwiąz w Polsce kupisz za 15-20zł, a w Szwajcarii nawet gorszej jakości za 20 franków (+dojazd i czas w sklepie lub +przesyłka); kantar dla konia w Polsce około 50zł a w CH około 50 franków; ta sama książka do języka francuskiego (sprawdzony ISBN) w Polsce kosztuje komplet około 60zł, a w Szwajcarii komplet 40 franków. To co warto kupować w Szwajcarii, bardzo hasłowo i niepełnie, opisałam tu: zakupy . Zdarzają się rzeczy tańsze, lepsze jakościowo, eko, fajnie jest mieć poczucie, że sprzedawca też ma godne życie, ale...

2. Sprawdź metody dostawy - jeśli zamawiasz z Polski, to najtaniej wychodzi Poczta polska (polecony priorytet; przesyłka w granicach 20-60zł, zależna od wagi i gabarytu); sprawdź czy sklep online, z którego zamawiasz ma taką opcję dostawy. Jeśli nie - sprawdź czy ktoś ze znajomych lub rodziny nada dla Ciebie przesyłkę.Uwaga! Przesyłka kurierska PL-CH może kosztować około 20 euro i więcej.

3. Kupuj z Francji (dotyczy Romandii) - nie mogłam znaleźć polskiej księgarni, która miałaby obie książki, które chciałam kupić, do wysłania w jednej przesyłce i google podpowiedział mi amazon.fr . Pomyślałam sobie, spróbuję, ale pewnie za przesyłkę zabulę jak za dentystę ;p . O dziwo! Amazon dostarczy moje zamówienie do Szwajcarii free! Wow! wow! woW! :D A cena niewiele większa od polskiej (popłynęli na przeliczeniu waluty przy płatności - nadpłata na walucie = koszt najtańszej możliwej przesyłki zagranicznej z PL). *Szwajcaria ma bardzo niski podatek i wysoki limit celny na książki - wspierają czytanie i edukację ;). Kupowaliśmy też wieszak na ubrania. Tu dzielnie szukaliśmy pasującego nam wieszaka we wszystkich możliwych sklepach meblopodobnych od Genewy po Lozanę i jak to kobiecie, nic mi się nie podobało. Znaleźliśmy "ten idealny" online we Francji, przy czym okazało się, że po wpisaniu adresu przerzuciło nas na stronę szwajcarską, gdzie sam wieszak był droższy, ale przesyłka była free, więc podobnie wyszło w sumie.

Jeśli chodzi o ciuchy, nie znam dokładnych cen tutaj, podobno nie są złe, ale mam już swoje ulubione sklepy, takie jak new look, fasardi, vubu, nawet nie ze względu na cenę, ale to, że ich ciuchy mi się podobają i dobrze na mnie leżą i mogę kupować "w ciemno", bo mają rozmiary szyte na mnie.

A jakie Wy mieliście przygody z przesyłkami i jakie są Wasze ulubione sklepy online w CH? Bez czego, czego nie ma w CH, nie możecie żyć? Jak sobie radzicie?

Czy i jak kupić (obowiązkowe) ubezpieczenie zdrowotne w Szwajcarii?

/pexels

Wielu Polaków jak i inne nacje, przenosząc się do Szwajcarii, pewnie już kalkuluje jak oszczędzić/zakombinować z ubezpieczeniem zdrowotnym. Myśląc: "może się upiecze".

Nie. Nie upiecze się. Ubezpieczenie zdrowotne w Szwajcarii jest obowiązkowe i opłaca się je samodzielnie, więc z góry przekalkuluj swoje potencjalne zarobki także pod tym względem, bo może się okazać, że po przeliczeniu kosztów życia Twoja oferta wcale nie jest atrakcyjna.

Na owe ubezpieczenie zarezerwuj sobie "na bezpiecznie" 300 franków/osobę i miej na uwadze, że będzie liczone od pierwszego dnia Twojego pobytu w Szwajcarii, mimo że na wybór firmy i ubezpieczenia masz 3 miesiące (i do 3 miesięcy może trwać decyzja o przyznaniu Ci permitu). Dzień przybycia do Szwajcarii jest deklaratywny, niemniej uznaje się za niego np. dzień przylotu samolotem/ przekroczenia granicy. Jeśli deklarujesz cło przekraczając granicę, to z oczywistych względów będzie to ta sama data.

Czy da się uniknąć deklaracji daty przybycia aby "przesunąć" termin wymagalności ubezpieczenia? 
Jeśli chcesz przebywać w Szwajcarii legalnie, to nie, bo jest to data, która widnieje w Twoim permicie i musisz ją podać składając papiery o permit. Papiery o permit trzeba złożyć najpóźniej miesiąc przed upływem 3 miesięcy "pobytu turystycznego". Możesz nie otrzymać permitu np. ze względu na nie dotrzymanie wymaganego terminu. Jeśli zaistnieje podejrzenie, że podajesz fałszywą datę, np. sąsiad uprzejmie doniesie, to tyko spiętrzysz swoje problemy. Jednym słowem - nie oszczędzisz, a przysporzysz sobie problemów.

Jeśli np. planujesz przeprowadzić się z rodziną i tylko jedna osoba będzie miała zagwarantowaną pracę, to
1. płacisz ubezpieczenie za 2 osoby, więc odpowiednio większy musisz mieć budżet,
2. jeśli ta druga osoba ma skutecznie poszukiwać pracy, to musi mieć nr AVS ubezpieczenia (np. żeby zarejestrować się w urzędzie dla bezrobotnych), a ten numer przychodzi x tygodni po podpisaniu umowy ubezpieczenia.

Jednym słowem - im szybciej zorganizujesz sobie ubezpieczenie, tym lepiej, bo otwiera to nowe możliwości w Szwajcarii i nie blokuje.
Poza tym jeśli zaaplikujesz o ubezpieczenie po 3 miesiącach, to dostaniesz rachunek na bajońską sumę wstecz, którą niechętnie, o ile w ogóle, ubezpieczyciel rozłoży na raty.

Na czym polega polisa zdrowotna w Szwajcarii?
Usługi ubezpieczeniowe i zdrowotne są w swoich podstawach regulowane państwowo i prawnie, ale to wolny rynek decyduje o ich kosztach, wariantach i jakości. Na pewno zdecydowaną zaletą tego systemu jest jakość usług medycznych i proklienckie podejście do pacjenta. Wszyscy, którzy mieli "nieprzyjemność" ze szpitalem, czy lekarzem, pieją z zachwytu nad "służbą" zdrowia w CH.
Mimo wszystko państwo interweniuje dość często w poczynania ubezpieczycieli - teraz np. dostaliśmy list, że zgodnie z rządowymi statystykami płacimy za dużo za ubezpieczenie w naszym kantonie względem PKB, więc nadpłaty zostaną nam wyrównane przez ubezpieczycieli.

W Szwajcarii jest tzw. system franczyzowy. Wybierając ubezpieczyciela i warunki polisy decydujesz się na "kwotę franczyzy", czyli kwotę, którą pokryjesz z własnej kieszeni na koszty leczenia, która oczywiście w momencie hospitalizacji nie obowiązuje. Głównie dotyczy ona wizyt lekarskich, sprzętu i leków. Czyli jeśli Twoja kwota franczyzy to 2 000 rocznie, to za każdą wizytę u lekarza do 2 000 w sumie płacisz sam, a wszystko co powyżej płaci ubezpieczyciel.

Od czego zależą koszty miesięczne polisy?
1. od wysokości franczyzy,
2. od pakietu usług (w niektórych polisach masz np. hotel dla osoby towarzyszącej "gratis", możliwość wyboru domu rodzenia zamiast szpitala itd., dodatkowe ubezpieczenie na zagranicę lub sport),
3. od stylu życia - niektóre firmy ubezpieczeniowe proszą o uzupełnienie deklaracji, w której są pytania takiej jak: "czy palisz więcej niż 5 papierosów dziennie?", "czy jesteś uzależniony od narkotyków?" itd. Jeśli odpowiesz niezgodnie z prawdą, a potem np. w ramach badań/przy okazji wypadku wyniknie, że np. jesteś ćpunem - mogą nie pokryć Twoich kosztów leczenia :)
4. od wyboru lekarzy (czy będziesz korzystał tylko z tych, co mają umowę z ubezpieczycielem, czy chcesz korzystać ze wszystkich/dowolnych),
5. od rodzaju opieki medycznej.

Jakie są rodzaje opieki medycznej?
1. porada telefoniczna
2. przychodnia lekarska
3. lekarz rodzinny
4. dowolna

Jak widać, w opcji porady telefonicznej na pewno jest najtaniej. Nie oznacza to oczywiście, że nie masz dostępu do lekarzy, ale aby dostać się do lekarza lub szpitala musisz najpierw zadzwonić i w mniej krytycznych przypadkach zostaniesz skonsultowany zdalnie.

Opcja dowolna to opcja najdroższa, ale pozwala Ci na korzystanie z dowolnego lekarza w dogodny sposób.

Jak wybrać i kupić ubezpieczenie?
Tak jak w wielu przypadkach w Szwajcarii: comparis.ch - strona przedstawiająca i porównująca oferty, przez którą możesz zażądać oferty od interesującej Cię firmy.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze ubezpieczyciela?
Oferty ubezpieczycieli zasadniczo niewiele się różnią, ale ze względu na uniknięcie potencjalnych problemów wybierz takiego ubezpieczyciela, który oferuje:
- dobrą obsługę w Twoim najbardziej biegłym języku (nie oczekuj, że natrafisz na polski, choć cuda się zdarzają),
- który jest responsywny (my zapytaliśmy o oferty 3 firmy, jedna nie odpowiedziała w ogóle, a druga popełniła dużo błędów w swojej ofercie...),
- który idzie Ci na rękę (my np. wybraliśmy za dużo opcji i powiedziano nam, że w naszej sytuacji nie są nam potrzebne, co też obniżyło składkę).
UWAŻAJ na najtańszych ubezpieczycieli. Raczej Cię nie oszukają, ale mogą mieć zasady, których się nie spodziewasz - np. rozliczenia tylko raz w roku (czyli oddadzą Ci pieniądze za koszty leczenia dopiero długo po fakcie).

Mam nadzieję, że ten post jest jasny i ujmuje najważniejsze zagadnienia "zdrowia" w Szwajcarii. Masz pytania? Pisz!

Jak znaleźć mechanika w Szwajcarii i czy nie lepiej przez granicę? + rejestracja kołowca w CH

/pexels

Święta, święta a ja o mechaniku. A właśnie przez to, że trzeba mieć czym na te święta pojechać, a tuż przed turbowyprawą auto stwierdziło, że pokaże nam figę. To co? Mechanik w Szwajcarii czy we Francji, czy Włoszech, czy Niemczech?

W pierwszym odruchu i po sprawdzeniu cen mechaników szwajcarskich (100CHF za godzinę pracy) uznałam, że nawet chyba nie mam co ani kogo pytać o rekomendację. Idąc tropem - w Polsce da się naprawić auto w Feu Vert - wklepałam najbliższy przy francuskiej granicy i udałam się tam z moimi plamami oleju. Może nie są to najlepsze warsztaty, ale trochę jak samochodowy Mc Donald, wiesz czego się spodziewać w przeciwieństwie do "pana z bannera". Francuskie Feu Vert (przynajmniej w mojej okolicy) co najwyżej wymienia opony, ale polecili mi warsztaty w okolicy.

Francuscy mechanicy:

- odsyłali mnie jeden do drugiego
- nie gadali w innym języku niż swój (niby zrozumiałe, ale przyda się do porównania)
- "nie mieli czasu" i nie byli proklienccy
- marnowali mój czas - to najlepszy punkt - jeden koleś, który podniósł rękawicę zamiast kręcić nosem na moje zjawisko, kazał mi zostawić auto na cały dzień u siebie w warsztacie, żeby zobaczyć co jest i najpóźniej do końca dnia naprawić. Umówiliśmy się, że jak zrobi albo jak będzie wiedział co jest i ile złota mam przywieźć, to zadzwoni, a ja będę gdzieś w kawiarni w okolicy, bo nie opłaca mi się wracać do CH. Przygotowana na tę okoliczność wzięłam ze sobą stosy francuskich gazet, które odkładam na wieczne później, żeby sobie przetłumaczyć... no ale ile można... Gdy już zaczęłam puszczać bańki nosem, a obsługa zaczynała nową zmianę w kawiarni, stwierdziłam że podejdę do "uprzejmego pana zapytać co tam", bo aż dziwne, że nie dzwoni. Gdy przyszłam, po 2/3 zmarnowanego dnia, "uprzejmy pan" oznajmił, że: EUREKA! Cieknie mi olej... i że jak umyję silnik (mogę pojechać zaraz obok przecież, a jesteśmy we Francji i on nie ma obowiązku mi myć silnika), to dokładniej zobaczy i dopiero powie ile kosztuje naprawa, a w ogóle to mam przyjechać w przyszłym tygodniu i zostawić auto na 2 dni... !@#$%^&*(
Wkurzywszy się niezmiernie stwierdziłam, że nie chcę z tym i innymi francuskimi bucami mieć nic do czynienia, a auto i tak jest tak stare, że będę nim jeździć aż się rozpadnie.
Z anegdot - francuski kolega machnął ręką na mój problem i powiedział: dolewaj olej i jeździj, chyba że będzie plama pod samochodem, a nie kropelki xD. No i to to ja rozumiem :).

Niemniej auto nie popuściło. Parę dni później niczego się nie spodziewając odpalam autko, a tam kontrolka baterii. To co ja na to? No co, pali się. To niech się pali, jadę w ch*. I dupa, moje autko ma taki sprytny system, że przy tego typu problemie wyłącza wspomaganie i wszelkie inne funkcje, które mogą baterię obciążyć, więc przy mojej krzepie mogłam jechać co najwyżej do przodu lub... do tyłu.

Dobrze mieć w domu małego einsteina, który swoimi magicznymi różdżkami ogarnął, że jest problem z alternatorem i jeżeli mam gdzieś tym autem dojechać, to co najwyżej kilka kilometrów lub laweta. Więc opcji mieliśmy niewiele.

Rozdzierając portfel na pół, szukając kurzu po pieniądzach i z duszą na ramieniu dojechaliśmy do Garage Baudet w Chavannes-de-Bogis i mogę to miejsce polecić wszystkim! (z Oplem, Isuzu, Chevroletem lub innym wynalazkiem General Motors). Nawet jakbyście mieli jechać z Zurychu :).

Szwajcarski mechanik:

- trafi się gadający po angielsku
- trafi się uczciwy - po zostawieniu auta zadzwonił radośnie, że to nie alternator tylko część między rozrządem, a alternatorem, więc zapłacimy o połowę mniej
- trafi się jakościowy - przeglądy w Szwajcarii są bardzo rygorystyczne, więc i mechanicy muszą umieć naprawić auto pod takie przeglądy
- trafi się pomocny i prokliencki i komunikatywny
- trafi się taki, do którego przyjeżdża się z Francji ;) a nie odwrotnie

Wielu doświadczeń nie miałam, albo miałam dużo szczęścia mimo wszystko, ale wniosek jest prosty: rygor przeglądów i wysoka konkurencja rynkowa oraz bliskość i łatwość przekraczania granic wymusza na tutejszych mechanikach wysoki poziom usług.
A jeśli po prostu mam szczęście to polecam ww. warsztat :).

A wisienką na torcie będzie garść fakcików o rejestracji pojazdu w Szwajcarii (UWAGA! Mogą być różnice międzykantonalne):
- jeśli jest to mienie przesiedleńcze to zapłacisz tylko drobną opłatę na cle (u mnie było 20 franków)
* jeśli masz auto od niedawna (bodajże krócej niż pół roku) to zostanie to zakwalifikowane jako normalny import - niemałe podatki etc.
- dostaniesz liścik informujący, że w przeciągu roku masz przerejestrować auto i wymienić prawo jazdy na szwajcarskie
* Jeśli nie wymienisz prawka - stracisz je i będziesz musiał/a zdawać prawo jazdy w Szwajcarii (nie tanio...)
* Aby zarejestrować auto w Szwajcarii musi ono być w bardzo dobrym stanie i trzeba np. pojechać z umytym silnikiem aby na przeglądzie mogli zobaczyć czy są gdzieś wycieki...

W związku z powyższym moje auto nie nadaje się do rejestracji w CH, a w Polsce przechodziło "na legalu" bez mrugnięcia okiem ;). Albo może na trzepot blond rzęs?

Jak tanio dotrzeć do Genewy?

/pexels

Post będzie krótki bo sprawa jest relatywnie prosta. Szwajcaria, a przede wszystkim Genewa i Zurych są bardzo drogie, ale da się tanio tutaj dotrzeć.

Jest bardzo tanie połączenie Easyjet z Genewą z Krakowa.
Pojedyncze loty potrafią kosztować kilkadziesiąt złotych. Powiedzmy, że przy zaplanowanym odpowiednio wcześniej locie w dwie strony wychodzi średnio 200zł. A może i się udać dorwać lepszą cenę.

Do Krakowa spokojnie można dotrzeć "pędolino" (bilet kupiony dużo wcześniej może kosztować 45-90zł) lub także dorwaną promocję na lot (podobno da się polecieć nawet za 7zł w jakiejś promocji :) ).

Można też znaleźć przejazd na blablacar - szczególnie w okresie świąt/wakacji. Wiadomo, jest to mniej pewne miejsce, bo ktoś może odwołać przejazd, może mu się zepsuć samochód albo nie wiadomo z kim jedziemy. Warto rezerwować tego typu przejazdy u osób z zweryfikowanymi profilami i dobrymi ocenami (doświadczonych). O dziwo, w tym wypadku im bliżej do daty wyjazdu, tym więcej ofert, bo wielu kierowców wstawia swoje przejazdy na ostatnią chwilę.

Dla wojażerów jest też opcja przejazdu FLIX bus. Np. do Monachium i potem do jednego z wielu miast obsługiwanych w Szwajcarii. De facto 2 bilety, ale bardzo tanie.

Można też próbować dostać się do miast okolicznych posiadających lotnisko lub dobry węzeł komunikacyjny, np. Lyon i ogarnąć transport z owych miast do Szwajcarii.

Dla chcącego nic trudnego i nic drogiego ;).

A jak Wy podróżujecie do/z Szwajcarii?

Jak wysłać coś do Szwajcarii bez cła?

/

Jak już parokrotnie wspominałam Szwajcaria nie jest w Unii i ma odrębne przepisy celne. W zasadzie większość informacji na temat przesyłek do Szwajcarii można swobodnie znaleźć tu: SWISS POST, niemniej mały przewodnik po polsku dla pogubionych się przyda. Ludzie kombinują ze skrytkami pocztowymi we Francji, przesyłaniem do znajomych przy granicy, cudują, a wystarczy zrozumieć przepisy.

Kiedy nie trzeba płacić cła otrzymując zagraniczną przesyłkę?

- Jeśli przesyłka jest warta mniej niż 5 CHF
- Jeśli przesyłka jest wysyłana jako prezent/przesyłka prywatna i jest warta mniej niż 100 CHF


Wszystkie inne przesyłki podlegają cłu, VAT i opłacie manipulacyjnej (koszty urzędowe). Kocham Szwajcarię za jej prostotę ;).

W ten piękny sposób rodzina lub znajomi mogą nam prezentować to, czego w Szwajcarii nam najbardziej brakuje ;), a z polskimi cenami ciężko ww. limit przekroczyć.

Pamiętajcie, aby przesyłka była dokładnie opisana jako prezent/prywatna i dobrze też aby miała opisaną zawartość i jej wartość. Jeśli celnicy zdecydują się otworzyć przesyłkę dla pewności, możemy zostać obciążeni kosztami administracyjnymi.

Sąsiedzi po szwajcarsku i "okna adwentowe" - fenetres de l'avent

/
Czyli jak się żyje z szwajcarskimi sąsiadami i ciekawe zwyczaje z mniejszych miejscowościach.

Jak się żyje? Tego w sumie nie wiem, bo w całym (małym) budynku mamy całą jedną rodzinę szwajcarską i to też nie 100%. W miejscowości, w której mieszkam, jest ponad 60% obcokrajowców reprezentujących ponad 90 nacji.

Na razie nie zaobserwowaliśmy żadnych problematycznych historii, nie zachowujemy się 100% według szwajcarskich zasad (pralka, spuszczanie wody w nocy i inne ciekawe przypadki), a nikt się jeszcze do nas nie przyczepił... tfu tfu

Sąsiedztwo tu jest zdecydowanie inne niż w Polsce (dużych miastach) - ludzie nie uciekają przed sobą ze spuszczoną głową udając, że się nie widzą. Wszyscy się witają, żegnają, oferują pomoc, otwierają drzwi jak się puka/dzwoni i są bardzo otwarci i sympatyczni.

W Halloween na naszym osiedlu była impreza dla dzieci na podwórku, a teraz są tzw.:

FENETRES DE L'AVENT

co w wolnym tłumaczeniu oznacza okna adwentowe, a w naszym kontekście... "okna sąsiedzkie".

Chętni wpisują się na listę z grudniowymi datami i w "swoim okienku" dekorują swoje okno świątecznie i zapraszają do siebie wszystkich mieszkańców danej miejscowości. W większości spotkania te są organizowane na podwórku przed domem/blokiem od 18-19.30. Oczywiście, klasycznie, apero - czyli przygotowują przekąski i napitek (wino/poncz/wodę/inne).

Informacja o "kalendarzu okien" pod koniec listopada ląduje w Twojej skrzynce pocztowej.

Jest to fajna okazja do poznania swoich sąsiadów i zabicia zimowej nudy.

Jak widać, poczucie wspólnoty w Szwajcarii jest bardzo "oddolne" i zarówno umila to codzienność jak i pozwala na realnie demokratyczne sterowanie krajem.

Zarazem też Szwajcarzy i mieszkańcy Szwajcarii rzadko obnoszą się ze swoim statusem. Okna adwentowe nie są wykorzystane do pokazania "kto kupił większe, lepsze, ładniejsze czy droższe światełka". Z dotychczasowych obserwacji okolic Genewy widzę, że jest skromnie i liczą się relacje z ludźmi. Szwajcarów odróżnia między sobą co najwyżej marka auta, zegarek i składka na ubezpieczenie zdrowotne :D, a z bardziej detalicznych - posiadanie versus wynajmowanie mieszkania (tu, aby dostać kredyt, trzeba mieć naprawdę dobrą sytuację finansową i zdolność na... 120 lat...) ale nikt nie będzie stroszył pawia przed Tobą.

A jak poznać sąsiadów nie mając tego typu okazji w swojej okolicy?
My przedsięwzieliśmy akcję pt.: pukamy (do) sąsiadów w weekend.
W czwartek zostawiliśmy wszystkim w skrzynkach karteczki, że będziemy pukać żeby się poznać i jak mają coś przeciwko, to żeby nam odpisali że sobie nie życzą.
Sukces nr 1 - nikt nas nie spławił
W weekend udało nam się dopukać do 3 z 5 rodzin na klatce, a jedna zostawiła nam kartkę na wycieraczce, że chętnie by się zobaczyli ale najprawdopodobniej ich nie będzie i zostawili swój numer kontaktowy.

Znajomi podpowiadają, że alternatywnie można zrobić "sąsiedzkie apero" czyli przygotować przekąski i wino i wszystkich do siebie zaprosić na imprezkę zapoznawczą.

Którąkolwiek metodę wybierzecie na pewno obie świetnie przełamią sąsiedzkie "lody" i w Polsce mogłyby bardzo wiele zmienić :).

Jak zrobić sernik w Szwajcarii?

/

Przeprowadzka do Szwajcarii powoduje, że odkrywam nowe talenty. Nigdy, przenigdy nie piekłam ciasta. Każdy sernik, wraz z pierwszym od kiedy tu jestem - wychodzi znakomicie!

NIESTETY: w Szwajcarii ani we Francji nie istnieje twaróg, nawet w polsko-rusko-podobnych sklepach. Twaróg sernikowy "płynny", taki w kubełkach - także nie.

Wśród Polaków mieszkających w CH usłyszycie miliony rad jak sobie poradzić i w końcu sernik upiec, a poniżej moja rada składnikowa.
/
 Fromage blanc battu - i po temacie.

A poniżej przepis na sernik z kruszonką i owocami lub czekoladą.

/

/


SKŁADNIKI (na foremkę około 30x25cm):

spód i kruszonka
- 300g mąki
- 3 łyżki cukru waniliowego i 2 zwykłego (drobnego) / ewentualnie zwykły cukier i esencja waniliowa
- 160g zimnego masła
- 2 jajka

masa serowa
- 800g fromage blanc batu
- opcjonalnie można dodać: ricottę/śmietanę/philadelphię
- 2/3 szklanki cukru - ja mieszam brązowy ze zwykłym i waniliowym
- budyń śmietankowy
- 1 jajko

dodatki
- jeśli macie w planach sernik z czekoladą: tabliczka gorzkiej czekolady i mleko
- jeśli macie w planach z owocami: "suche owoce" jak np. - jagody, banan, niesoczyste maliny
- jeśli uwielbiacie "soczyste owoce" (kiwi, truskawka) to uważajcie, bo mogą puścić dużo soku w piekarniku i z ciasta może zrobić się zakalec - instrukcja jak dodać soczyste owoce w przepisie poniżej niemniej ciasto i tak będzie "mokre"

PRZEPIS

1. Spód i kruszonka: mąkę, jajka, cukier, masło w plastrach ugniatamy w misce do całkowitego połączenia się składników, formujemy kulę, zawijamy w folię aluminiową i wstawiamy do lodówki.
/
2. Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni.

3. Miksujemy składniki masy serowej.

4. Formę do ciasta natłuszczamy i wykładamy papierem do pieczenia, który też natłuszczamy (masło/margaryna, whatever; troszeczkę)

5. Ciasto dzielimy na dwie części - 2/3 i 1/3. 1/3 wstawiamy z powrotem do lodówki, 2/3 wylepiamy spód foremki tak aby zachodził na boki. Nie trzeba wałkować, po prostu rozgniatamy.

6. Na ciasto wlewamy masę serową i wstawiamy do piekarnika.

7. Pieczemy bez termoobiegu pół godziny aż masa "stężeje" i przyrumieni się z wierzchu.

8.1. Jeśli robimy ciasto z czekoladą, to w międzyczasie roztapiamy czekoladę w garnuszku z mlekiem. Bez cukru. Mieszając. Jeśli nie mamy dobrej regulacji palnika, to najlepiej garnuszek z czekoladą włożyć do garnka z wodą, żeby się nie przypaliło, nie kipiało etc.

8.2. Wyjmujemy na chwilę ciacho z piekarnika,
- jeśli ma być z czekoladą - lekko przestudzoną masę czekoladową polewamy po cieście
- pozostałą część "kuli" ścieramy na tarce o grubych oczkach
- jeśli chcemy ciacho z owocami (suchymi) - na kruszonkę rozrzucamy pokrojone owoce
- jeśli chcemy ciacho z owocami mokrymi - obtaczamy pokrojone owoce w mące i rozrzucamy po kruszonce i obsypujemy ciacho mąką z wierzchu

/
9. Wstawiamy z powrotem do piekarnika na pół godziny, zmniejszamy temperaturę:
- suche owoce - 160
- mokre - 170 lub nie zmniejszamy
- czekolada - 150/160
i włączamy termoobieg.

Voila!


edit: jak macie mokre owoce a wolicie "suche serniki" to do masy serowej warto dodać mąkę też.

Krewetkowy orgazm - przepis

/

Nie umiem gotować według przepisów, zawsze muszę coś pofreestylować, a że tym razem wyszło mi niebo w gębie, to żeby nie zapomnieć i podzielić się tym odkryciem ze światem - ten obiad zasłużył na wpis na blogu.

Całkowity czas przygotowania: 15 minut

SKŁADNIKI na 2 osoby:
- 200g spaghetti
- 8 dużych krewetek
- 3 łyżeczki zielonego pesto
- pół szklanki białego wina półwytrawnego
- 100g zielonych oliwek z nadzieniem cytrynowym (koniecznie z tym nadzieniem a jak nie ma takich w okolicy to miąższ z 1 cytryny razem z sokiem, ale to nie będzie to samo ;) )
- 100ml zalewy z ww. oliwek
- 4-5 ząbków czosnku
- masło klarowane
- natka pietruszki
UWAGA! nie potrzebujesz soli bo oliwki są słone; nie potrzebujesz "przypraw", bo masz pesto; nie potrzebujesz pieprzu, bo masz czosnek ; opcjonalnie możesz dodać szczyptę chili jak lubisz ostrrrro

/

PRZYGOTOWANIE:
- wstawiamy do gotowania spaghetti ;)
- posiekany czosnek podsmażamy na patelni z klarowanym masłem (UWAGA! jeśli czosnek się przypali to zrobi się kwaśny i gumowaty, ma być lekko podsmażony)
- do podsmażonego czosnku wrzucamy pokrojone według uznania oliwki i chwilkę podsmażamy
- w międzyczasie mieszamy wino z zalewą z oliwek (lub miąższem cytrynowym) i pesto
- dorzucamy na patelnię umyte krewetki, smażymy +/- minutę
- zalewamy mieszanką wina z zalewą i pesto i smażymy aż krewetki dojdą (2-6 minut) obracając krewetki na drugą stronę także ;)

Nakładamy na talerz spaghetti, krewetki, polewamy sosem z patelni i dekorujemy natką pietruszki. Voila!