Czy mandaty w Szwajcarii są takie straszne jak to malują? A te we Francji?

/pexels

Zasady ruchu drogowego w Szwajcarii uchodzą za wyjątkowo srogie i nie raz media nagłaśniają spektakularne wykroczenia z milionowymi karami. Rzeczywiście kierowcy jeżdżą grzecznie, kulturalnie, w miarę przepisowo i spokojnie* co wydaje się, że musi być efektem między innymi tychże przepisów.

Zgodnie z poniższą tabelą ze strony informacyjnej dla kantonu Vaud:

Amende d'ordre Infraction légère Infraction
moyennement grave
Infraction
grave
localité 1 à 15 16 à 20 21 à 24 dès 25
hors localité 1 à 20 21 à 25 26 à 29 dès 30
autoroute 1 à 25 26 à 30 31 à 34 dès 35
mesure de base avertissement retrait 1 mois minimum retrait 3 mois minimum

Przekroczenie prędkości w mieście do 15 km/h, poza terenem zabudowanym do 20 km/h i na autostradzie do 25 km/h kończy się jedynie mandatem porządkowym.
Większe wykroczenia są traktowane jako skalowalne przestępstwo od lekkiego po ciężkie** i wtedy aplikowane są nie tylko mandaty, ale także ostrzeżenia, kary lub nawet konfiskata prawa jazdy. Kary są obliczane na podstawie % dochodu, więc są egalitarnie bolesne.

Ponadto, w słowniku wykroczeń występuje też "l’infraction dite « chauffard »", którą można tłumaczyć jako piractwo drogowe bądź "przestępstwo złego szofera".
  • d’au moins 40 km/h, là où la limite était fixée à 30 km/h;
  • d’au moins 50 km/h, là où la limite était fixée à 50 km/h;
  • d’au moins 60 km/h, là où la limite était fixée à 80 km/h;
  • d’au moins 80 km/h, là où la limite était fixée à plus de 80 km/h,

Minimum x km/h tam, gdzie limit jest ustalony na y km/h. W uproszczeniu prawie dwukrotne przekroczenie dozwolonej prędkości.

Tego typu wykroczenie kończy się natychmiastowym odebraniem prawa jazdy i obowiązkowymi badaniami psychologicznymi, gdyż jest traktowane jako niezdolność do prowadzenia pojazdów.

Za takie wykroczenie osoby z prawem jazdy tymczasowym, tudzież tutejsza L (którą otrzymuje się po zdaniu teorii i wypełnieniu formalności na 2 lata i/lub do momentu zdania egzaminu praktycznego) mają odebrane prawko na 2 lata.

Zasady brzmią groźnie, a jak to wygląda w praktyce? Czy rzeczywiście ten nieszczęsny 1 km/h może nam zaszkodzić? 

Dzięki znajomościom w świecie motoryzacyjnym wiem, że praktycznie WSZYSTKIE wskaźniki prędkości w samochodach mają błąd mogący dochodzić nawet do 10% prędkości, więc taka precyzja w karaniu byłaby lekko niesprawiedliwa.

Szwajcaria jak zwykle okazuje się logicznym i mimo wszystko proludzkim krajem i w przeciwieństwie np. do Francji uwzględnia błąd pomiaru zarówno swoich radarów jak i ewentualny błąd pomiaru po stronie kierowcy. Mieliśmy niechlubną okazję przetestować owe rozwiązanie.

Mandat jaki otrzymaliśmy za niefrasobliwość w terenie zabudowanym oświadcza, że:
- zmierzono nam prędkość na poziomie 57km/h
- dopuszczalna była 50
- margines błędu pomiaru (zwany marginesem bezpieczeństwa) to 5km/h
w związku z tym nasze wykroczenie to
- 2 km/h

Fair enough.
A tak nas wszyscy straszyli "bo ja dostałem za przekroczenie o 1 km/h!!". Najwyraźniej nie do końca...

Szwajcaria, przynajmniej w naszym rejonie, nie obstawia się najnowszymi super hi-tech radarami. Większość z nich wygląda w sumie jak atrapy. Wolą najwyraźniej podejść do tematu ekonomiczniej i proludzko. I mimo że zgodnie z informacją na www ponad połowa wszystkich wykroczeń to przekroczenie dozwolonej prędkości, to wydają się być pod tym względem wystarczająco skuteczni i efektywni.

Dla porównania, Francja jest dużo bardziej rygorystyczna, nie wspominając już o tym jak bardzo drogie są tam autostrady. Mieliśmy okazję przejechać ponad 2 000km i chwila nieuwagi złapała nas w pośpiechu na lotnisko po trasie.

- prędkość zmierzona 139 km/h
- prędkość dozwolona 130 km/h
- margines błędu 2km/h
- mandat za 7km/h ...

Sugerując się logiką mandatu szwajcarskiego dostalibyśmy karę za 4km/h.

Za to mandaty we Francji są przyznawane w tej samej wielkości do wykroczenia do 20km/h.
Odbierają prawo jazdy na okres 2 lat przy wykroczeniach pomiędzy 40-50km/h i mogą skonfiskować pojazd.
Powyżej 50 km/h mandat to 1500euro, 6 punktów, odebranie prawa jazdy na 3 lata, konfiskata pojazdu w razie recydywy.

W Polsce wielu kierowców nauczyło się świetnie dodawać 50 do ograniczeń prędkości ze względu na relatywnie niskie mandaty, a jednak możliwość odebrania prawa jazdy. We Francji rzadko widzę osoby jadące przepisowo, ale najwyraźniej świetnie dodają 20 do ograniczeń, bo po co przekraczać o 5 skoro można o 20, a radary wydają się być precyzyjne? W Szwajcarii gdy się naprawdę spieszysz - nie jedziesz więcej niż 10 ponad limit, a i tak potem gdy będziesz się starał np. o permit C lub obywatelstwo mogą Ci go odmówić ze względu na nie przestrzeganie przepisów. Niemniej sposób postępowania w razie wykroczenia wydaje mi się najprzyjemniejszy i najbardziej sprawiedliwy w Szwajcarii.

*1. Porównuję z Polską, Włochami czy Francją; 2. Jeśli ktoś jeździ inaczej to na ~85% nie jest Szwajcarem (statystyka własna ;) ).

** 2. W razie gdy nasze wykroczenie zostanie zaklasyfikowane jako "(moyennement) grave" nasz ubezpieczyciel może nam podnieść składki. W ramach swojej oferty ubezpieczyciele mają pakiet z ochroną zniżek przed "infraction grave".

Prawie niezawodne metody na stajennych

/pixabay
Trzymałam swoje konisko w 8 różnych pensjonatach w tym jeden za granicą. Różnice między przeciętnym pensjonatem w Polsce, a przeciętnym w Szwajcarii są ogromne (wspominałam już o tym w innych wpisach), niemniej nadal pozostały mi dwa dobre nawyki z Polski, które pozwalają mi "oszczędzić" pieniądze, czas i nerwy i które chciałabym Wam gorąco polecić.

Widziałam ostatnio dość "zabawną" z mojego punktu widzenia sytuację. W stajni gdzie stacjonuję jest kilkadziesiąt koni i 4 stajennych w tym 1 szef stajennych. Z zasady wszystko powinno się ustalać z owym szefem aby nie doszło do nieporozumień. (Ja ustalam z managerem stajni, bo gada po angielsku.) Jedna z pensjonariuszek, zapewne w pełni swojej naiwności, przekazywała dość skomplikowane instrukcje karmienia na następny tydzień jednemu z zwykłych stajennych (nie szefowi), który dobrze mówi po francusku, niemniej nie jest autochtonem i bardzo ładnie jej przytakiwał.

Faktem jest, że w tej stajni bardzo pilnują ustaleń i "detali", choć małe wpadki się zdarzają gdy szef nie patrzy. U nas były dwie (przez tyle miesięcy!): konisko chodzi na padok bez ochraniaczy i raz nowy stajenny wpadł na genialny pomysł aby mu jakieś jednak założyć... wziął ochraniacze treningowe i założył profilowane tyły na przednie nogi... (hahaha, na szczęście skończyło się tylko na lekkich popuchnięciach). Zdziwiło mnie to, bo ochraniacze na padok to usługa dodatkowo płatna, a ja za nic nie dopłacam. Druga wpadka była z derką, ale o tym dalej.
Wracając do meritum: rzeczywiście można ustalić dowolny sposób karmienia i tego dopilnują, ale najlepiej z szefem i najlepiej gdzieś to spisać (na boksie, w smsie, w mailu, wrzucić kartkę do wózka z paszą...cokolwiek!)... Chociaż znowu mamy ruletkę, który stajenny będzie miał akurat wartę, nie wszyscy są błyskotliwi.

Na te 7 polskich pensjonatów, które zwiedziłam były tylko 3 gdzie można było zaufać co do karmienia (że nikt się nie pomyli) - w dwóch z nich wisiała tablica karmienia w paszarni i konie były karmione zgodnie z tablicą, a w jednym każdy pensjonariusz miał obowiązkowo przygotowywać samodzielnie i zostawiać pod boksem. Jeśli były dodatkowe wymagania typu "na ciepło" lub z dodaniem jakiegoś składnika, który nie może stać (na świeżo) - można było wyjątkowo się dogadać.

Napatrzyłam się już jak koń zamiast witaminy C dostał biotynę, albo jak porcję konia x dostał koń y, albo jak stajenny twierdził, że koń jest spokojniejszy jak dostanie wiadro owsa, a nie miarkę, więc sypał od serca niezależnie od ustaleń.

Zgodnie z moimi doświadczeniami, nawet teraz nie zostawiam kwestii karmienia w 100% stajennym. Niby mogłabym, ale dzięki temu śpię spokojniej i mam bezpośredni wpływ na to, co się dzieje z koniem i pod tym kątem mogę na bieżąco dostosowywać mieszankę i ilość.

A więc rada nr 1 - własne wiaderka/pudełka
- szykuję wiaderka na najbliższe 2-3 dni na każdą porę karmienia
- w wiaderkach jest porcja dla konia niepracującego - gdy jestem w stajni i koń pracuje - dostaje czwarty posiłek - dzięki lekkiej nieregularności i większej częstotliwości unikamy wrzodów
- zadanie stajennego polega na wsypaniu zawartości wiaderka do żłoba - absolutnie idiotproof
- w razie gdyby stajenni pomylili kolejność staram się aby zawartość pudełek była mniej więcej podobna lub ustawiona naprzemiennie tak żeby w razie W kopyt nie dostał podwójnej porcji suplementu
- gdy nie ma mnie w stajni i nie przygotuję pudełek mamy precyzyjnie ustaloną porcję ze stajennymi, która się nigdy nie zmienia, nawet w razie kontuzji

Anegdota: w Polsce zdarzało się, że stajenni byli ślepi, niepiśmienni lub leniwi i musiałam kilkukrotnie tłumaczyć jakie wiaderko, na który posiłek. W Szwajcarii nie mają z tym problemu mimo że pudełka są opisane po polsku (tyle że każde w innym kolorze i z innym numerkiem).

Voila!

Derki to kolejny rebus logiczny dla stajennych. Tu też można było pod tym względem zaufać tylko 3 stajniom. W każdej z nich poza stajennym był luzak, który umiał pomyśleć. W związku z różnymi derkowymi wpadkami powzięłam następujące ustalenia:

- jeśli jest poniżej 15 stopni zaczynam derkować konia (a jeśli ustalam zmiany derek ze stajennymi to właśnie na podstawie odczytu temperatury, z reguły zmieniam typ derki co 5-7 stopni)
- w stajni jest cieplej niż na dworze, ale koń się nie rusza, za to na padoku jest chłodniej i wietrzniej, ale się rusza; zdarzyło mi się nawet mierzyć temperaturę mojego konia na dworze i w stajni - w stajni miał zwykle niższą temperaturę ciała niż przebywając na zewnątrz
- nie bardzo mnie grzeje czy derka jest "do stajni" czy "na padok", bo i tak nie wypuszczam konia w złą pogodę + nie ma on ambicji w tarzaniu się w błocie - ergo, rzadko ma szansę zmoknąć
- gdy temperatura i warunki są już naprawdę nieprzyjemne następuje zmiana z derek przewiewnych na wiatroszczelne, i i tak koń jest w nich i w boksie i na dworze

Dzięki powyższym założeniom de facto jestem niezależna od widzimisie stajennych co do derkowania mojego konia, bo jedyne ich zadanie to NIE ZDEJMOWAĆ DERKI, chyba że jest mokra lub chyba że koń się ewidentnie poci i jest mu za gorąco. A jak jest mokra to zmienić na drugą przy boksie, bądź do mnie zadzwonić.

Simple as that.

Na czym polega rada nr 2?
Jeśli w stajni nie ma luzaka (oprócz stajennych) nie polecam ustalania ze stajennymi zmiany derek. Trzeba znaleźć własny, złoty środek derkowania, tak żeby było w nim jak najmniej czynnika ludzkiego. Oczywiście, że najbardziej optymalnie byłoby mieć inną derkę w stajni, inną na padok i inną na dzień i inną na noc i jeszcze inną na deszcz, a inną na słońce. Ale naprawdę, nie widziałam jeszcze stajennych, którzy umieliby to ogarnąć - dla nas niby proste, ale jak ten człowiek ma kilkanaście koni pod opieką, to zaczyna się sajgon.

Anegdoty (i wpadka) - w mojej obecnej stajni któryś ze stajennych uparcie zdejmował derkę mojemu koniowi na padok. Damn logic! Z nieznanych mi względów ktoś wyszedł z założenia, że derka, w której koń stoi w stajni, to derka w której ma być tylko w stajni (bo się zniszczy? ubrudzi? wut?). Niestety tu finał był nieprzyjemny, bo zdjęto mu derkę tuż po szczepieniu jak mnie akurat ponad 24h nie było u konia. Koń dostał czegoś co wyglądało jak wstrząs anafilaktyczny (dwie szczepionki + zdjęcie derki przy nagłym załamaniu pogody + pewnie osłabiona odporność).
Pamiętajcie - koń derkowany - o ile nie staracie się go przestawić na tryb bezderkowy - nie może mieć takich szoków temperaturowych, to rozwala mu termoregulację i może się skończyć gorzej niż w powyższym przypadku - np. mięśniochwatem, chorobami nerek itd.

Za to żeby wybielić derkowe pomysły stajennych - i tak jestem pod wrażeniem, że sprawdzają, czy derka nie jest mokra, bo w Polsce to też potrafi być problemem. Zdarzało się, że mimo że mój koń miał nie wychodzić na deszcz, to ktoś go wyprowadził, a potem zostawiał w mokrej derce w stajni...

A jakie są Wasze patenty na stajennych?



Co można robić na wsi w Szwajcarii?

/
Pierwsze lata życia spędziłam kilkanaście kilometrów od stolicy, w miejscowości liczącej około 2 000 mieszkańców, w Polsce kwalifikowanej jako wieś (chociaż ni tam krowy ni pola). Nie pamiętam wiele z tego okresu, niemniej w mojej grupie wiekowej byłam chyba jedynym tam dzieckiem - nie miałam rówieśników, a oferta rekreacyjna tam ograniczała się do lasu i stajni. Chcąc porobić coś więcej trzeba było jechać do najbliższej większej miejscowości powiatowej oddalonej o około 10km. Ówcześnie jedyna forma komunikacji miejskiej ograniczała się do pociągu.  
Nasza daleka rodzina mieszka kilkadziesiąt kilometrów od stolicy, również w miejscowości kwalifikowanej jako wieś. Spędzając tam nieliczne wakacje zauważyłam, że "te dziewczyny z Warszawy" są największą możliwą atrakcją, tym bardziej że są dziwne, bo cały czas coś robią.
Wiele się zmieniło w międzyczasie, ale w tego typu miejscowościach w Polsce nadal jest "martwica". Wszyscy rozkładają ręce, bo nie ma pieniędzy, bo nie ma dobrego dojazdu, ale odnoszę również wrażenie, że to trochę takie polskie - usiąść i nic nie robić i czekać aż ktoś nam podsunie coś na talerzu. Ponadto wszechobecny strach przed "obcymi", szpiegowaniem, złodziejami...

Szwajcaria niesamowicie mnie zaskoczyła. Osiedliliśmy się kilkanaście/dziesiąt kilometrów od dużego znanego miasta, bynajmniej nie będącego stolicą, w miejscowości liczącej około 2 000 mieszkańców (wsi, z krowami!) i ... nie nadążamy z korzystaniem z całej oferty rekreacyjnej i rozrywkowej naszej okolicy...

Jak to jest możliwe, że miasto takiej liczebności ma własną stronę internetową i działa w nim kilkanaście bardzo aktywnych klubów i stowarzyszeń? I to nie jest wyjątek! Sprawdziłam wszystkie okoliczne miejscowości i dzieje się w nich podobnie!
Powiecie - pieniądze. Niekoniecznie. Np. okoliczny klub siatkówki damskiej pobiera opłatę roczną wysokości miesięcznego karnetu fitness, a resztę środków pozyskuje z zbiórek np. na koncertach i ewentualnych sponsorów. Przy czym nie jest to pierwszoligowy klub, a mocno podrzędny... skupiający sympatyków w każdym wieku i na każdym poziomie zaawansowania...

Co można robić na szwajcarskiej wsi?
Grać w orkiestrze, śpiewać w chórze, grać w lokalne gry karciane i inne gry towarzyskie (np. petanque), robótki ręczne i DIY, taplać się w lub po jeziorze na milion sposobów (albo grać w piłkę ręczną i inne taplania w basenie), dołączyć do lokalnego klubu fitness z zajęciami w szkolnej sali gimnastycznej bądź podobnego klubu yogi, nordic walking itd., grać w tenisa, jeździć na desce, grać w nogę, uprawiać szermierkę, tenis, hockey, ... resztę dopisz sam, bo na pewno w promieniu 5 km taki klub jest. Nie wspominając już, że konie są wszędzie i nawet są znaki drogowe przypominające, żeby na nie uważać.


Wszystko z wykorzystaniem lokalnych zasobów, infrastruktury i za "żadne" pieniądze, a jednocześnie pozwalając na poznanie i zintegrowanie się z sąsiadami.

Ponadto są stowarzyszenia, które organizują imprezy różnego rodzaju, niekoniecznie związane w wyznaniem. W Polsce największe wiejskie punkty styku to kościół, ślub, pogrzeb, procesje itp. Tu największe punkty styku to np. Fete des voisin - czyli nic innego jak impreza sąsiedzka, święto regat, Fete des vendanges - święto winobrania, Caves ouvertes - święto możliwości pierwszej degustacji młodego wina i inne rolnicze i nierolnicze okazje, które Szwajcarzy stwarzają sobie sami, a na nic nie czekają. 

Co parę miesięcy dostajesz oficjalny kalendarz wydarzeń w swojej komunie pocztą. Praktycznie w każdym tygodniu coś się dzieje, a owy kalendarz obejmuje może max 40% wszystkich wydarzeń, ponieważ pozostałe są organizowane mniej oficjalnie - bez współpracy z "sołtysem".

Morał z tego taki, że wg mnie w Szwajcarii wieś jest fajniejsza i atrakcyjniejsza od miasta, a Polska ma jeszcze wiele do nadrobienia cywilizacyjnie (chociaż doceniam, bo dużo się zmieniło przez ostatnie lata).

Jak kupić samochód w/z Szwajcarii?

/pexels
Jak już wspominałam - jeździłam złomem kupionym parę lat temu w PL i dobijając do terminu przerejestrowania samochodu i wymiany prawa jazdy musiałam podjąć zdecydowane kroki. Owe auto nie nadawało się do rejestracji w Szwajcarii (ze względu na przegląd techniczny i ewentualne koszty przywrócenia go do akceptowalnego tutaj stanu), bez samochodu da się tutaj żyć, ale że postanowiliśmy mieszkać na wsi i z racji dojazdów do kopytnego - byłoby to mocno uciążliwe. Ponadto ominął nas już jeden sezon na deskę (life happens) i chcieliśmy mieć możliwość odkrywania tutejszych stoków bez ograniczeń, do czego chevrari chyba po żadnym tuningu by się nie nadawało ;).
Na moje nieszczęście proces doinformowywania się i poszukiwania bolidu przypadł na najbardziej gorące miesiące, nic straconego - teraz mogłabym nawet informować Szwajcarów jak najrozsądniej podejść do tematu (przy czym nie roszczę sobie prawa do jedynej prawdy i na pewno są jakieś kwestie, które mi umknęły, tym bardziej że kocham samochody, ale się na nich nie znam). Ponadto zaznaczam, że swój "przewodnik dla zagubionych między Alpami" opieram głównie na informacjach dotyczących kantonu Vaud.

W poniższych punktach postaram się także zawrzeć przydatne informacje dla tych, którzy nie mieszkając w Szwajcarii, chcieliby kupić tu auto i sprowadzić je gdziebądź. Może perełki cenowe zdarzają się rzadko, ale jakościowo tutejsze auta używane mogą bić na głowę.

1. Określ cel posiadania auta (jeśli wiesz już czego chcesz - pomiń ten punkt).
Osobiście raczej nie jestem szczególnie przywiązana do żadnej marki ani modelu, choć moje serce już jakiś czas temu zostało podbite przez konkretny samochód. Wożąc swoje kopyta na zawody w PL i od stajni do stajni miałam już pewne preferencje mając możliwość przetestowania w ten sposób różnych marek i wariantów. Ponadto nie wiem czy kiedykolwiek zdecyduję się na nowe auto, bo to jak bardzo traci na wartości przez pierwsze lata jest dla mnie porażające, poza tym można kupić używane auto w wyższej wersji niż nowe, za mniejsze pieniądze. Nie o tym.

Ustal czego przede wszystkim szukasz, w jakim budżecie i konsekwentnie się tego trzymaj. Później będzie Ci łatwiej porównywać to, co znajdziesz, szybciej decydować (auta tutaj, szczególnie poniżej 20t CHF schodzą jak ciepłe bułeczki, więc trzeba się decydować od razu lub w ogóle) i przechodzić przez kolejne punkty tej listy.

Nie oszukujmy się, end of day nikt nie kupuje auta racjonalnie, zawsze przy każdym zakupie i decyzji jest końska porcja emocji, ale szczypta rozsądku jest bardzo ważna. Tego nie trzeba chyba tłumaczyć.

W związku z wieloma czynnikami prawnymi, tendencjami rynkowymi i naszymi pragnieniami (potrzebami tego nie nazwę, bo piramida Maslowa poszła się...) stworzyliśmy sobie prywatny ranking, w którym porównywaliśmy:
- cenę zakupu i możliwą cenę sprzedaży rok po roku posiadania (w razie utraty pracy, w razie nieprzewidzianych okoliczności, w razie gdyby jednak auto nas nie zadowalało itd.) - w celu wybrania auta, które uda się najłatwiej i najszybciej sprzedać najmniej tracąc na jego "wartości" - ewaluację samochodu można zrobić poprzez TCS bądź Eurotax, można też porównać ceny samochodów na Comparisie
- roczny koszt paliwa (spalanie)
- wysokość rocznego podatku - można go obliczyć tu: http://www.vd.ch/themes/mobilite/automobile/taxe-tarifs/taxe/voitures-ou-vehicules-de-lt-3500-kg/ - jest zależny od wagi i mocy samochodu; można uzyskać 75% zniżki mając poniżej 120g CO2 emisji bądź jeżdżąc na ekopaliwach;
- wysokość estymowanego ubezpieczenia rocznie - Comparis
- czy i na jak długo będzie miało gwarancję - o tym w kolejnych punktach
- inne klasyczne parametry: przebieg, rodzaj skrzyni biegów, rocznik, napęd, hak (w tym udźwig), wysokość (w tym zawieszenie), szerokość i długość (projektant płakał jak projektował parkingi we Francji; w Genewie czy Lozannie też bywa na żyletki), relingi (są czy nie), wielkość bagażnika, podgrzewanie siedzeń (starzeję się i w zimie potrafię załatwić sobie plecy wsiadając po sporcie do zamrożonego auta), klima, usb, start/stop (dla eko entuzjastów, może być też czy hybryda itp), widoczność, wygląd, itp.
* niektóre "komuny" - gminy - oferują dopłaty do samochodów elektrycznych, warto sprawdzić co oferuje ta, w której mieszkasz

2. Gdzie szukać auta?
Google zna odpowiedź na wszystkie nasze pytania, szczególnie jeśli znamy języki lokalne, niemniej komuś kto słabo się zna na samochodach i chce mieś spokojną głowę zdecydowanie polecam szukanie u dealerów lub w komisach.

W Polsce komisy nie cieszą się dobrą opinią, ale tutaj ich działalność jest regulowana prawnie, a standard rynkowy zobowiązuje je do udzielenia minimum rocznej gwarancji na sprzedawane pojazdy (mogą odmówić udzielenia gwarancji przy znaczącym przebiegu ze względu na obostrzenia firm ubezpieczeniowych z jakich sami korzystają w ramach ryzyka prowadzenia swojej działalności). Ponadto jeśli nie chcesz wszystkiego załatwiać samodzielnie, za niewielką dopłatą, rzędu 200-300chf załatwią za Ciebie wszelkie kwestie związane z przeglądem, rejestracją i oddadzą Ci umyte i zatankowane auto - gotowe do jazdy i nie wymagające żadnych dodatkowych formalności nawet przez kolejne kilka lat.

Tips&tricks: jeśli masz żyłkę łowcy możesz próbować szukać okazji - niezliczona liczba expatów czasem chce jak najszybciej pozbyć się samochodu z racji przeprowadzki; można też szukać firmy sprowadzającej perełki zza granicy za grubo mniejsze pieniądze niż ten sam samochód z rąk dealera.

Można też oczywiście trafić na szemrany komis czy szemranego dealera, więc warto zawsze sprawdzić opinie dotyczące danej firmy. Najlepszym wyznacznikiem jest tradycyjnie responsywność, komunikatywność i ogólne zachowanie osób oferujących danego kołowca.

3. Na co przede wszystkim zwrócić uwagę?
Jeśli chcesz mieć jak najwięcej z głowy i nie pali Cię portfel, przede wszystkim pytaj o ostatni przegląd i kompletność dokumentów. W idealnej sytuacji auto miało przegląd w przeciągu ostatniego roku i sprzedający gwarantuje Ci, że przed jego wydaniem załatwi Ci aktualny przegląd ponownie. Przy relatywnie młodych autach może on być ważny kolejne parę lat, więc co by się z autem nie stało - do następnego przeglądu nie musisz się martwić kosztami. Nie jaraj się autem, którego przegląd niedługo dobiega swojego terminu, może się okazać, że to jest właśnie powód sprzedaży. Możesz też pojechać sprawdzić auto w dowolnym punkcie TCS (najbardziej wiarygodne miejsce pod tym względem), jest to koszt rzędu 100chf.

Dlaczego przegląd jest taki ważny? W Szwajcarii, w przeciwieństwie do Polski, przeglądy są bardzo rygorystyczne, np.: trzeba nań pojechać z umytym silnikiem i niedopuszczalny jest nawet mikroskopijny przeciek. Ponadto, trochę jak w znanej reklamie AGD, testujący szarpią czym się da i patrzą czy nie odpada xD. Są też nieznane nam przepisy, jak np. taki mówiący o tym, że haki zamontowane na stałe są już nieakceptowane - można mieć hak, ale tylko składany. 

Zapytaj czy sprzedawca udziela gwarancji na pojazd. Każdy szanujący się komis i dealer, dopóki auto nie posiada dużego przebiegu (mniej więcej powyżej 150 000), udziela gwarancji.

Pamiętaj! Nie zarejestrujesz samochodu bez ubezpieczenia go i nie wyjedziesz nim od sprzedawcy. Tablice są stricte związane z właścicielem pojazdu - np. za nieopłacenie ubezpieczenia samochodu zostaną Ci zabrane i możesz używać tych samych dla wszystkich bądź kolejnych swoich samochodów.

4. Finansowanie.
Jeśli możesz kupić auto za gotówkę - super! Jeśli nie, zaczyna się zabawa...
Standardowo możesz starać się o leasing bądź kredyt. Stopy procentowe są tu dość niskie, więc żadna z tych opcji nie boli, ale!

Leasing  (+/-)
+ jeśli masz firmę, to możesz go wrzucić w koszty
+ w każdej chwili możesz "oddać auto" i jeśli nie straciło znacznie na wartości z Twojej winy - nie poniesiesz dodatkowych kosztów
- auto nie jest Twoje
- musisz przez cały okres leasingu wykupować pełne autocasco
- musisz serwisować w autoryzowanym serwisie
- masz limit kilometrów
- musisz uważać na opłaty początkowe (kaucje) i cenę wykupu, która może zaskoczyć w momencie gdy czas umowy dobiegnie końca
- najczęściej auto brane w leasing, wychodząc z niego, nie może mieć więcej niż 8 lat - ogranicza to wybór (i wiek) auta

Kredyt (+/-)
+ auto jest Twoje i robisz z nim co chcesz
+ możesz uzyskać niższe oprocentowanie faktyczne niż w leasingu
+ jako osoba prywatna - możesz odliczyć kredyt od podatku
+ możesz dopasować sobie wysokość rat i długość dowolnie
+ nie masz opłat początkowych
+/- możesz starać się o kredyt poza Szwajcarią, ALE: nie odliczysz go od podatku, masz ryzyko walutowe i nie wszędzie da się spłacić kredyt przed jego terminem nie ponosząc dodatkowych kosztów - Szwajcaria zgodnie z prawem gwarantuje prawo do zakończenia umowy kredytu i wcześniejszej spłaty i bardzo często z proporcjonalną wartością %, a bez dodatkowych kosztów
- żaden "normalny" vel "zwykły" bank nie udziela kredytów konsumenckich, są to raczej parabanki bądź firmy pożyczkowe - najniższe oprocentowanie oferuje Migros bank, za to aby je uzyskać musisz być minimum rok w Szwajcarii i mieć minimum permit B, a najlepiej C. Najbardziej elastyczny pod tym względem jest Cashgate bądź Cembra.

5. Czy warto kupować auto z Szwajcarii? Jak się do tego zabrać?
Jeśli mieszkasz gdzieś w Europie, ale urzekła Cię możliwość sprowadzenia sobie auta marzeń - zdecydowanie warto rozważyć zakup samochodu w Szwajcarii.
Tak jak już wspomniałam, auta używane, może nie zawsze specjalnie atrakcyjne cenowo, są zdecydowanie atrakcyjne swoją jakością i zadbaniem.
1. Na Szwajcarię są wypuszczane tylko modele w "wyższych" wersjach standardu. Szwajcarzy nie łaszą się na "tanioszkę" w niskim standardzie. Bardzo często też decydują się na indywidualne modyfikacje "seryjne".
2. Rygorystyczne przeglądy zmuszają do utrzymywania samochodu w nienagannym stanie.
3. Niewielkie państwo powoduje, że większość ma niewielki przebieg w stosunku do rocznika. Ponadto komunikacja miejska jest na tyle dobrze rozwinięta, a kierowcom na tyle utrudnia się życie, że najczęściej samochód służy do podjechania do pociągu bądź na zakupy, ewentualnie na drobną wycieczkę.
4. Prawo dotyczące poruszania się samochodem i zdobycia prawa jazdy powoduje, że samochody nie są katowane; limity na autostradach i wszędobylskie radary nie pozwalają też żyłować silnika (czego nie powiemy o np. Niemcach ;) ).
5. Szanujące się firmy nie pozwalają sobie na przekręty - nikt nie kręci przebiegu i nie naprawia auta na gumę do żucia, byle do sprzedaży.
6. Jeśli niekoniecznie zależy Ci na jak najtańszym aucie, a np. kolekcjonerskim lub wyjątkowej marce i wersji - zdecydowanie warto tutaj jej szukać. W wielu komisach, szczególnie tych "przydealerskich" jest zatrzęsienie maserati, dodge, jaguara, subaru i innych ciekawych okazów. Niemniej w Polsce za to będzie ciężko znaleźć dobry serwis dla takiego pojazdu...

Na co warto uważać: kupując auto w Szwajcarii kupuj tak jak byś miał je użytkować na tutejszym rynku (patrz punkty powyżej), a na pewno będzie Ci służyło latami gdziekolwiek je ze sobą zabierzesz. Uważaj na importerów oferujących auta z Szwajcarii - często są to handlarze ściągający z rynku samochody, które np. tutaj już przeglądu bez sporych inwestycji nie przejdą. Najlepiej zorganizować taki zakup samodzielnie.

Pamiętaj, że auta do 20 000 chf - około 80 000 pln schodzą bardzo szybko (czasem w kilka dni) - jeśli planujesz taki zakup, przyjedź osobiście i wróć nowym autem :). Na pewno nie zostaniesz z pustymi rękami.

Jakie jest Wasze doświadczenie z zakupem samochodu w Szwajcarii?

10 przykazań pracownika sektoru usług i sprzedaży w Szwajcarii

Reklama powyżej urzekła mnie bardzo mocnym insightem tego jak można zostać kurtuazyjnie acz wymownie potraktowanym w Szwajcarii przez sprzedawcę z niewybrednym mniemaniem o sobie. Poniżej znajdziecie dekalog, który zapewne jest biblią wszystkich kursów i szkoleń jakie owi ludzie przechodzą. Trochę śmieszne, za to bardzo prawdziwe...

1. Bądź świętą krową.

2. Unikaj kontaktu: nie pracuj, nie odpisuj i nie oddzwaniaj, gdy Twój klient Cię potrzebuje.

3. Przede wszystkim nie reaguj na prośby o przedstawienie oferty potencjalnemu klientowi zainteresowanemu Twoją firmą. To Ty masz się z nim skontaktować jak Ty będziesz chciał, a nie on.

4. Opieprzaj swojego klienta bądź potencjalnego klienta za nieprzestrzeganie szwajcarskich, niepisanych zasad.

5. Nie utrzymuj szwajcarskiego standardu usługi jeśli to obcokrajowiec.

6. Nie ucz się języków, a nawet jeśli jakieś znasz, to ich nie używaj.

7. Przytakuj na prośby klienta i ich nie realizuj.

8. Oceniaj na oko stan portfela Twojego klienta, nie obsługuj "biedaków" i przestań obsługiwać gdy próbuje negocjować.

9. Szanuj swój czas:
a) gdy coś ma zająć Ci raptem naście minut, powiedz klientowi, że zrobisz to najszybciej za tydzień;
b) gdy klient przyjeżdża na 15-30 minut przed zamknięciem - nie obsługuj, bo już idziesz do domu.

10. Wypieraj się współczesnej technologii i estetyki, bądź śmiertelnie poważny.


Ok, powyższa lista może być krzywdząca, ale niestety Szwajcaria z wysokiego standardu usług nie słynie dopóki nie wchodzą w grę grube portfele. A i te pewnie mogłyby się zdziwić. Rynek usług i sprzedaży tutaj, z polskiego punktu widzenia, to bareizm, niemniej równie często spotyka się absolutnie nieprofesjonalne podejście jak i to super profesjonalne, którego w Polsce ze świecą szukać. Ruletka. Dlatego też za każdym razem jak mam zamiar coś kupić, to porównuję kilka firm, a w pierwszej kolejności ich reaktywność i możliwość dogadania się. Oszczędzam sobie w ten sposób nerwów.

A jakie jest Wasze doświadczenie z sektorem usług i sprzedaży Szwajcarii?

Jak ubezpieczyć samochód w Szwajcarii i nie zwariować. Krok po kroku.

/pexels
Ogarnianie formalności za granicą może nas czasem doprowadzić do białej gorączki, szczególnie jeśli znajomość języka nam nie sprzyja. Poniżej mały przewodnik jak podejść do kwestii ubezpieczenia samochodu, żeby nie podpisywać "cyrografu z duszą na ramieniu".

1. Informacje ogólne.
1.1. Jacy ubezpieczyciele funkcjonują na szwajcarskim rynku?
Firmy zajmujące się ubezpieczeniami samochodowymi w kolejności alfabetycznej:
Zurich
Nie wykluczam, że lista nie wyczerpuje wszystkich możliwych ubezpieczycieli.

1.2. Jakie ubezpieczenie jest obowiązkowe?
Tylko OC.

1.3 Jak wygląda proces uzyskania ubezpieczenia i umowa na m.in. OC?
Uwaga! 
- Umowy z ubezpieczycielami w Szwajcarii podpisuje się na kilka lat. Średnio na 5, niemniej można negocjować długość umowy lub klauzulę o możliwości rozwiązania umowy.
- Umowę bez klauzuli rozwiązania umowy można rozwiązać w następujących przypadkach: po szkodzie, przeprowadzając się za granicę, sprzedając samochód, składając wypowiedzenie 3 miesiące przed datą końca umowy, po zmianie warunków ubezpieczenia/umowy przez ubezpieczyciela zgłaszając nań brak zgody jeśli nie były to zmiany narzucone przez prawo.
- Umowa z klauzulą możliwości jej rozwiązania z zasady jest podpisywana na dłuższy okres, ale można ją rozwiązać co roku bez podania przyczyny.
- Długość umowy nie jest uzależniona od oferty jaką wybierzemy, oferta też nie musi być taka sama co roku. Jeśli po roku stwierdzimy, że zamiast full casco wystarczy nam tylko OC - możemy takiej zmiany dokonać.
- Zanim otrzymamy pocztą umowę z ubezpieczycielem, musimy ustalić ofertę i wyrazić na nią akceptację. Po tej akceptacji ubezpieczyciel kontaktuje się z miejscem gdzie kupujemy samochód bądź wystawia nam bezpośrednio "atest ubezpieczeniowy" i ten atest służy nam do dokończenia rejestracji i dopuszczenia do ruchu samochodu.
- Prawdopodobnie nie istnieje samochód bez OC w ruchu drogowym w Szwajcarii (w Polsce jest to tylko teoria, bo weryfikację OC przeprowadza ewentualna kontrola policyjna lub... wypadek). W Szwajcarii nie dokończysz rejestracji samochodu bez ubezpieczenia, a gdy zapomnisz przedłużyć ubezpieczenie - przedłuży Ci się samo. Tracąc ubezpieczenie (np. poprzez wypowiedzenie ze strony ubezpieczyciela) tracisz prawo do użytkowania pojazdu dopóki nie otrzymasz nowego.
- Oferta jaką dostajesz od ubezpieczyciela to najczęściej oferta o najniższym progu zniżek. Po szkodzie tracisz zniżki, bez szkody możesz wskoczyć z gorszego progu na lepszy, ale z założenia podobno startujesz z poziomu największych zniżek. Niemniej w OWU (Conditions Generales) jest napisane, że za bezszkodową jazdę można uzyskać dodatkowe zniżki, ale wychodzi na to, że są to już indywidualnie negocjowane przypadki i nie dotyczą wszystkich pakietów ubezpieczeniowych.
- Każda umowa z ubezpieczycielem jest obarczona kosztem znaczka skarbowego (timbre federal) w wysokości 5% i innymi podatkami drogowymi. Cena ubezpieczenia często podawana jest netto, trzeba ją zsumować z pozycją "podatki".
- Płatność za ubezpieczenie, niezależnie od dnia podpisania umowy, ma datę na początku roku (w styczniu).


2. Jak wybrać ubezpieczenie?
2.1. NAJWAŻNIEJSZE: Zapewnij sobie komfort komunikacji. 

Skieruj zapytanie ofertowe bezpośrednio do kilku ubezpieczycieli, a nie przez agencje z ofertami różnych firm. W razie wypadku, to z ubezpieczycielem będziesz się musiał "użerać", a nie z agentem, który sprzedał Ci polisę, z której ma największe prowizje. Ponadto, bardzo często negocjując bezpośrednio z ubezpieczycielem masz szansę na atrakcyjniejszą ofertę oraz możesz zaobserwować jak obsługują klienta.


Obserwuj reakcje. Czas, ton, język. Ubezpieczyciel, który prawdopodobnie sprawnie rozwiąże Twoją sprawę to ten, który sprawnie się z Tobą skontaktuje, który wszystko wytłumaczy w zrozumiały sposób, który będzie się porozumiewał preferowanym przez Ciebie językiem.
Uwaga! O ile z urzędami i instytucjami oficjalnymi komunikacja mailowa odbywa się dość sprawnie, o tyle w sektorze usług RZADKO KTO odpisuje na maile. Wysyłając zapytanie ofertowe przez stronę www najczęściej dostaniesz dane placówki lub konsultanta, który powinien się z Tobą skontaktować, więc jeśli zależy Ci na czasie, to po prostu do niego zadzwoń, a potem obserwuj jego follow-up.


Negocjuj warunki oferty, zadawaj pytania. Może się okazać, że przedstawiciel czegoś nie uwzględnił, na czym mogłoby Ci zależeć.


2.2. Porównaj oferty uzyskane od ubezpieczycieli.
Najlepiej, gdy spełniają podobne lub te same warunki. Z racji, że jestem wzrokowcem najlepiej mi to wychodzi np. w tabelce w excellu. Przerzuć wszystkie istotne dane w tabelkę i zobacz fakty, bo czasami decydujemy emocjami.



Procent zniżki na ubezpieczeniu nie oznacza, że oferta jest tańsza/droższa od innej. Porównaj a) koszt oferty przy 100%, b) przy oferowanym, wyjściowym progu zniżek, c) na podstawie OWU - jak zmieni się zniżka po 1-2 szkodach (sinistre lub collision). Np. ubezpieczyciel, który zaproponował niższą ratę na OC miał 38% próg zniżki i po pierwszej szkodzie wskakuje się od razu na 50%. Drugi za to miał lekko droższą ratę przy 35% progu (czyli niby niższym) ale po pierwszej szkodzie wskakuje się na próg np. 44%, a nie 50.


Porównaj różnicę z składką na ochronę zniżek i faute grave i bez. Niezależnie, czy finalnie ją weźmiesz, czy nie.


Zastanów się czy chcesz samo OC, czy z CASCO partielle, czy z CASCO complete.
Osobiście zastanawiałam się przez chwilę nad wzięciem OC u innego ubezpieczyciela, a CASCO u innego, bo różnice na samym OC potrafią sięgać nawet 200chf!!! Niemniej uargumentowano mi, że:
- przy kolizji w Szwajcarii może się okazać, że nie jest się w 100% winnym wypadku, ale np. w 50, albo w 30 i przy rozdzielonych ubezpieczeniach może dojść do ogromnych komplikacji w skanalizowaniu roszczeń.
- oferta na oc+casco to oferta pakietowa i rozdzielając je ma się wyższą składkę.
Nie chciało mi się już kombinować, ale jeśli ktoś ma wystarczające samozaparcie - zapraszam.



2.2. Klasyczny skład oferty.

OC (Responsabilite civile) - jego warunki są regulowane prawnie, więc tu nie ma niespodzianek, różni się tylko ceną.
suma ubezpieczenia - 100 000 000
franchise**: 0
ochrona zniżek - możesz się zgodzić lub poprosić bez
franczyzy** dodatkowe: najczęściej pojawiają się w przypadku gdy kierowcą ubezpieczonego pojazdu jest osoba poniżej 26 rż, z prawem jazdy dla początkujących bądź tymczasowym (prawo jazdy zagraniczne jest traktowane jak prawko uczących się) bądź kierowcą pojazdu była osoba nie zadeklarowana u ubezpieczyciela.


Najniższa propozycja składki jaką otrzymałam to około 500chf, a najwyższa prawie 700chf przy warunkach jak wyżej.


CASCO - najczęściej pojawiające się parametry i na co warto zwrócić uwagę:
collision
franczyza**: 1000 lub 500 chf
ochrona zniżek - z lub bez
franczyzy** dodatkowe - niezadeklarowany kierowca, tymczasowe prawo jazdy etc, jak w OC.

partielle
franczyza**: 0 (ale samemu można ustalić)
franczyza** dodatkowa: szyby - 200chf (czasem 300)


przykładowe pakiety dodatkowe:
- dobra przewożone samochodem (składka zależy od kwoty)
- szkody parkingowe - jest to relatywnie drogie ubezpieczenie, bo rocznie waha się w przedziale 200-400chf, niemniej parkingi gdzieniegdzie wg mnie nie są dobrze zaprojektowane i klasyczne walnięcie drzwiami w bok to norma; parkingi tu najczęściej są długie, ale wąskie. Nie mówiąc już o Francji, gdzie projektant płakał jak projektował.
- ubezpieczenie wypadkowe - UWAGA! nie trzeba go brać jeśli braliście je już w ramach ubezpieczenia zdrowotnego.
- podróże, bagaże i inne blabla. UWAGA! Każde ubezpieczenie w całym swoim zakresie obowiązuje na terenie Europy i innych krajów (choć nie wszystkich; jeśli masz takie potrzeby, to polecam sprawdzić), w związku z tym dodatkowe ubezpieczenie na Europę czy podróże nie jest konieczne.

Poniżej wklejam przykładową kalkulację online la Mobiliere. Przy czym warto pamiętać, że oferta końcowa bądź u przedstawiciela może się różnić, ponieważ oferta w kalkulatorze jest ofertą netto, może nie uwzględniać wszystkich założeń jakie nas interesują itd.

mobiliere
/mobiliere


3. A co z comparisem?

Według mnie na Comparisie, to można co najwyżej sprawdzić jakie są widełki cenowe i od czego może zależeć oferta, ale prośby o oferty wysyłane za ich pośrednictwem są wg mnie nieskuteczne. Żadna firma mi nie odpowiedziała, a jedna wysyła mi automatyczne maile po niemiecku. Ponadto nie masz podglądu co to za firma i oferta dopóki o nią nie zapytasz, więc widząc ofertę numer 1-20 nie wiesz, czy nie dublujesz zapytania. Ponadto, comparis wyświetla oferty tylko tych firm, z którymi współpracuje lub, które promuje... Moi sąsiedzi np. są zachwyceni współpracą z TCS, chociaż o ile dobrze zrozumiałam, nie oferują oni OC, tylko wszystko inne. Na comparisie ich oferty nie ma.

**Co to ta franczyza?
To kwota, którą zobowiązujesz się zapłacić z własnej kieszeni w ramach szkody mimo składki. Dzięki temu możesz sobie obniżyć składkę.

Podstawowe ubezpieczenia w Szwajcarii "na dzień dobry"

/pexels

Jeśli ubezpieczać się na najbardziej absurdalne ryzyka i ich kwoty, to tylko w Szwajcarii. Pamiętajmy jednak, że każdy kanton się różni i bazuję swoją wiedzę na kantonie Vaud.

Już na dzień dobry, przekraczając granicę tego kraju z zamiarem pobytu dłuższego niż 3 miesiące, musisz sobie zorganizować:

1. z okazji wynajmu mieszkania:

- ECA - obowiązkowe ubezpieczenie od kataklizmów naturalnych, o ile dobrze rozumiem jest to jednostka samorządowa; należy je załatwić tak, aby było ważne od momentu ważności umowy na lokal. (koszt kilkudziesięciu franków rocznie)

- ubezpieczenie mieszkania - assurance menage - pokrywające wszystkie inne szkody, których nie pokrywa ECA wraz z włamaniami, wandalizmem itd. - nieobowiązkowe, ale wymagane przez większość właścicieli lub agencji; należy je załatwić tak, aby było ważne od momentu ważności umowy na lokal. (koszt kilkuset franków rocznie)

- OC (RC) na mieszkanie - pokrywające wszelkie szkody jakie Ty, twój partner, dzieci, ewentualne zwierzęta i inne członki gospodarstwa mogą wyrządzić mieszkaniu (np. zalania pralką, nieudane remonty, potłuczone szklanki; wiele ubezpieczycieli przewiduje w tym także szkody wyrządzone poza domem czyli np. jeśli mój koń kogoś kopnie ze skutkiem tragicznym, to też należy mu się odszkodowanie z tego ubezpieczenia) - nieobowiązkowe, ale wymagane przez większość właścicieli lub agencji; należy je załatwić tak, aby było ważne od momentu ważności umowy na lokal. (koszt kilkudziesięciu lub małych kilkuset franków rocznie)

2. z okazji posiadania samochodu

- OC (RC), casco partielle + casco complete - wg prawa trzeba mieć tylko OC na obowiązkową sumę, uwaga - 100 000 000 chf!! A samą umowę podpisuje się na 5 lat, a nie na rok!! - wyrabiając blaszki swojemu dotychczasowemu pojazdowi lub kupując nowy nie dokończysz "rejestracji pojazdu" dopóki nie poświadczysz, że jest on ubezpieczony. Ubezpieczenie jest ważne prawnie od dnia wydania samochodu do użytku, czyli można je podpisać/kupić np. w czerwcu na listopad. (tak jak w Polsce, tylko w innej walucie ;) 500PLN=500CHF; rocznie)

3. jeśli masz zwierzę

- OC na zwierzę - nie jest obowiązkowe (chociaż nie mam pewności co do psa, sprawdzę to jeszcze), ale często wymagane przez właścicieli/zarządców mieszkań do najmu - bardzo często OC osobiste zawiera już paragrafy dotyczące zwierząt.

4. ubezpieczenie zdrowotne - kasa chorych

- podstawowe + komplementarne - obowiązkowe jest jedynie podstawowe, ale biada temu, kto rzeczywiście chce lub musi tylko podstawowe... O ile warunki w szpitalach i kompetencje lekarzy są bez zarzutu, o tyle to, co pokrywa ubezpieczyciel, a co musisz pokryć z własnej kieszeni, bardzo się różni i czasami już dopłata 10chf miesięcznie za ubezpieczenie komplementarne robi ogromną różnicę w późniejszych kosztach leczenia. Masz 3 miesiące od momentu wjazdu do CH, aby wybrać kasę chorych, niemniej niezależnie jaką i kiedy wybierzesz, jesteś już teoretycznie ubezpieczony od dnia wjazdu i od dnia wjazdu będziesz musiał za nie zapłacić.

edit: obowiązkowe jest także ubezpieczenie wypadkowe, które opłaca pracodawca. Jeśli nie masz pracy, Twoja kasa chorych musi uwzględnić w Twoim pakiecie ubezpieczenie od wypadków.
______________________
W samej przeprowadzce pomogła nam firma relokacyjna - bardzo byłoby ciężko bez niej, bo jednak Szwajcaria to trochę kosmos pod względem systemu, w jakim funkcjonuje.

Obecnie na tyle znamy już język i na tyle się umościliśmy, że jak to Polacy, kombinujemy nad "przyoszczędzeniem" tu i ówdzie, albo wydębieniem lepszej oferty. Niemniej jest to bardzo ciężkie do ogarnięcia umysłem jeśli się tu nie wychowało, bo nagle musisz przyswoić ogrom informacji i przestać myśleć ... wg schematów swojego kraju.

Skąd tyle ubezpieczeń? Dlaczego są tak dziwnie inne, niż to, co znamy z Polski? Przede wszystkim niskie podatki - 8% VAT czy podobno bardzo niski CIT oraz znaczące ulgi w PIT dla rodzin, gdzie partner/małżonek nie ma zatrudnienia, robią swoje. W związku z tym wiele rzeczy, które w innych krajach sponsoruje rząd, są przerzucone na obywatela.
Ponadto wyrazista chęć samostanowienia. Każdy Szwajcar chce mieć jak największy wpływ na to, co jego indywidualnie dotyczy i móc dopasować zakres ubezpieczeń do swoich realnych bądź wydumanych potrzeb.

Naprawdę żałuję, że nie słyszeliście jednego z ubezpieczycieli, z którym rozmawiałam, który nie mógł uwierzyć, że nie potrzebuję dodatkowej "ochrony zniżek" w ubezpieczeniu. Nie wiem, czy dlatego że jestem kobietą (czyli spodziewają się zgłaszania przeze mnie szkód), czy dlatego że jest takim przekonującym sprzedawcą, ale wciskają ludziom co się da z bardzo wiarygodnym przeświadczeniem, że dane ubezpieczenie jest nam niezbędne do życia... Chyba jestem jedyną osobą, która nie bierze pakietu jak ubezpieczyciel wciśnie, tylko zadaje pytania typu "po co mi to?" i reakcje są bardzo różne, a przez moją łamaną francuszczyznę czasami pewnie i dodatkowo poirytowane...

Inny ubezpieczyciel za to rozczulił mnie, gdy poprosiłam żeby porównał ofertę, którą mi proponuje i którą otrzymałam od innego i ten zaczął bulgotać na franczyzy (czyli sumy jakie trzeba zapłacić z własnej kieszeni w razie szkody). Zsumował mi wszystkie franczyzy z kwotą ubezpieczenia, aby udowodnić... no właśnie, co? Bo to by była wyjątkowo tragiczna sytuacja, gdybym miała tyle szkód, za które musiałabym dopłacić poza ubezpieczeniem, ile on mi policzył, skoro nie zaliczyłam żadnej z własnej winy od 8 lat!! Tfu, tfu.

Kolejne nowum - w Polsce nigdy nie słyszałam o czymś takim jak "franczyza", czy "deductible".

Niesamowite, jak w kraju z jedną z najmniejszych liczb wypadków na milion mieszkańców można straszyć lub żyć w strachu w kategorii możliwych szkód.
/eurostat: http://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php/File:Road_accident_fatalities_by_category_of_vehicles,_2013,_per_million_inhabitants.png
Podobna sytuacja, choć mniej wyrazista, jest z przestępczością. Szwajcaria ma dużo mniejszy wskaźnik przestępczości niż Polska, ale i tak dużo więcej obowiązkowych lub umownie obowiązkowych ubezpieczeń.

Jak bardzo zdziwione oczy musiał zobaczyć już kolejny Pan akwizytor dopytujący mnie, czy nie potrzebuję ochrony, bo tak się ostatnio niebezpiecznie zrobiło w okolicy... (uwaga, uwaga, przez ostatnie 6 lat na osiedlu raptem skradziono rower) By the way - akwizycja podobno jest w Szwajcarii nielegalna - można takiego Pana wylegitymować i popędzić policją. Owy Pan osiągnął odwrotny skutek od zamierzonego. Oczywiście, nie mogłam spać i wzięłam do łóżka nożyczki (bałam się, że nożem to sama sobie krzywdę zrobię śpiąc ;) ), aby w razie czego mieć czym komuś wydłubać oko, ale nie bałam się włamania po prostu, a właśnie tego Pana lub jego ekipy! Takie łażenie po domach kojarzy mi się z niczym innym jak "badaniem terenu"! Na pewno żadnych usług z jego firmy nie wezmę. Chociaż... naprawdę nie ma czego u nas ukraść... Złodziej byłby równie niezadowolony jak Panowie od ubezpieczeń, którzy ze mną rozmawiają ;).

Wracam dalej do negocjowania swoich powikłanych umów.

Biedne, maltretowane koniki...

/

Niedawno rozegrały się w Polsce Mistrzostwa Europy w WKKW. Niestety, jedna z polskich par miała dość niefortunny wypadek. O ile jeździec wyszedł z niego cało, o tyle koń doznał wieloodłamowego złamania przedniej nogi w pęcinie:
W wyniku nieszczęśliwego wypadku na krosie Mistrzostw Europy WKKW w Strzegomiu odszedł Bob the Builder, ubiegłoroczny Mistrz Polski WKKW Seniorów. Michał Knap wyszedł z wypadku cało.

Według oficjalnej informacji organizatora na odskoku przeszkody nr 15 koń złamał kość pęcinową prawej przedniej kończyny w sposób wieloodłamowy, który nie dawał możliwości stabilizacji nogi. Natychmiast udzielona została pomoc weterynaryjna, stan konia i zdjęcia rentgenowskie konsultowało trzech niezależnych chirurgów ortopedów. Ze względów humanitarnych konieczna była decyzja o uśpieniu konia.

Jest to ogromna strata dla całego polskiego WKKW. Składamy wyrazy szczerego współczucia i żalu zawodnikowi i jego rodzinie!

/Tekst ze strony Polish eventing team.
 I zaczęła się burza komentarzy. Jak zwykle, wiadomo. Hejterzy, laicy, "wszystkowiedzący" mieli najwięcej do powiedzenia. Przerażające jest według mnie to, że im więcej ktoś ma do powiedzenia w temacie tym mniejszą wiedzą i ogładą osobistą dysponuje. Wprost proporcjonalnie.

Ten tekst kieruję do wszystkich związanych bądź nie związanych z jeździectwem, aby mieli świadomość czym jest owe "maltretowanie" koni.

1. Koń od dawna nie jest zwierzęciem dziko żyjącym w naturze.
Wszelkie porównywanie sytuacji koni użytkowanych przez człowieka do koni dziko pasących się na stepie jest z założenia nie na miejscu. Warto czerpać inspiracje i wiedzę odkrywając jak to było w naturze w taki sposób aby zapewnić naszym czteronożnym podopiecznym jak najlepszy żywot, ale tak samo jak my nie wrócimy teraz do jaskini, tak samo ludzka ekspansja nie pozwala już, poza specjalistycznymi rezerwatami, na 100% naturalne utrzymywanie koni.

2. Koń istnieje, bo jest człowiekowi potrzebny.
Mnóstwo gatunków zwierząt wyginęło i ginie lawinowo każdego dnia. Koń jest zarówno przydatny użytkowo jak i w ramach przyjemności, hobby i rozrywki. Ponadto jest bardzo wdzięcznym i chętnie współpracującym stworzeniem. Jeśli wyeliminujemy jego atuty "użytkowe", ponieważ (nie)znawcy tematu uważają, że wszystko co z końmi się robi to maltretowanie, to hodowanie tych zwierząt straci sens i skalę.

3. Uśpienie konia JEST humanitarne. 
Najbardziej podobają mi się komentarze: "skoro człowiek żyje i ma się dobrze po złamaniu, to konia też trzeba poskładać". NIE! Oczywiście, dysponujemy już wysoko zaawansowaną technologią i wiedzą, ale nadal nie jest ona wystarczająca aby koń, nawet po "prostym złamaniu" nie cierpiał DO KOŃCA ŻYCIA!
Koń śpi na stojąco, koń 16h w ciągu dnia "żeruje", ma potrzebę nieustannego ruchu, nie ma wysokorozwiniętej dedukcji przyczynowo-skutkowej. W skrócie oznacza to, że już samo "złożenie" i usztywnienie owej nogi graniczy z cudem tak samo jak wytłumaczenie temu zwierzęciu powodowanemu bardzo silnymi instynktami, że ma teraz złamaną nóżkę i ma się nie ruszać, nie kłaść, nie stawać na tej nodze, nie skakać, nie kopać w boks, nie biegać, nie rzucać się na kolegę z boksu obok, który właśnie radośnie wrócił z padoku i wytłumaczenie mu, że on nie może iść na padok... etc. Najtrudniej mu wytłumaczyć, że skoro boli, to nie rób tego czy tamtego. Tym bardziej, że na pewno zostałyby mu podane bardzo silne leki przeciwbólowe i czułby się jak młody bóg... Bo przecież nie podanie takich leków, żeby był ostrożniejszy, też byłoby niehumanitarne, bo skazywałoby zwierzę na cierpienie... Zaklęte koło.

4. Złamanie u konia może być wyrokiem.
Nie wszystkie złamania nim są, ale większość niestety jest. Szczególnie te z przemieszczeniem i wieloodłamowe, w okolicy stawów i innych ruchomych części (jak w pęcinie).

Stacjonowałam z koniem w stajni, gdzie jeden z koni pensjonatowych miał złamaną łopatkę. Z plotek głównie dowiedziałam się, że koszt operacji i rekonwalescencji zamknął się w kwocie za którą możnaby kupić mieszkanie, koń przez wiele miesięcy o ile nie lat został skazany na stanie w boksie (jak najmniejszym, żeby jak najmniej się ruszał) oraz jak już będzie "dobrze" pozwolono mu na wychodzenie na mikro padok, na którym też nie ma szansy się ruszać, tylko co najwyżej podziwiać słońce. Ponadto, po pierwszej operacji połamał się znowu, jeszcze w klinice, wstając po operacji i o ile się nie mylę, po powrocie do pensjonatu połamał się trzeci raz - w tym samym miejscu i znów trafił do kliniki.

Leczenie złamań u konia, to skazywanie go na cierpienie, a siebie na niespłacalne długi, a nie humanitarność.


5. Czy sport wysokiego ryzyka powinien być zakazany?
Tu stajemy przed najtrudniejszym pytaniem. W sporcie, w każdej dyscyplinie, dochodzi do urazów i każdy jest obarczony ryzykiem. Ba! Nawet niewychodzenie z domu jest obarczone ryzykiem - można skręcić nogę pod prysznicem przecież...
Współczesne jeździectwo coraz bardziej jest wrażliwe na dobrostan zwierząt. Wiadomo, że koń nie podejmuje tego ryzyka dobrowolnie. Niemniej po latach doświadczeń w dyscyplinach jeździeckich mamy coraz więcej rozwiązań, które stawiają na pierwszym miejscu zwierzę, jego bezpieczeństwo i zdrowie.

6. Współczesny sport jest coraz bardziej niebezpieczny?
Bzdura! Tu, jak już w prawie każdym temacie, media i dostęp do informacji spowodował, że mamy takie wrażenie, bo częściej docierają do nas takie informacje. Jednak z tą częstotliwością - nic bardziej mylnego. Wypadków o przykrych konsekwencjach jest coraz mniej.
Historia sportu jeździeckiego na przestrzeni XIX i XX wieku pokazuje nam jak wiele się zmieniło i jak bardzo sporty jeździeckie stały się bezpieczne. W skokach np. wprowadzono bezpieczne kłódki w przeszkodach i ograniczenie wysokości, ponieważ zaczęło dochodzić do absurdu potężności przeszkód i dochodziło do wielu wypadków śmiertelnych zarówno koni jak i jeźdźców. Zawody przestały być wtedy rywalizacją sportową wymagającą kunsztu, techniki, sprawności, zaczęły przekraczać ludzkie i końskie możliwości i psuły hodowlę koni sportowych. Konie hodowano na siłę i "brak wrażliwości na ból i bodźce zewnętrzne". Od jeźdźców podświadomie wymagano nie umiejętności, a braku instynktu samozachowawczego (kamikadze). 
Obecnie, przeszkody są "niskie" i bezpieczniejsze, ale za to wymagające ogromnej wiedzy, doświadczenia i techniki, w zależności od klasy sportowej.
Ponadto, dawno dawno temu dopuszczano do zawodów "wszystkich śmiałków", dziś dzięki systemom klas i licencji zawodnicy (ludzcy i końscy) są selekcjonowani. Ostatnie, co moglibyśmy zarzucić jeźdźcowi na zawodach rangi mistrzostw Europy, to "przypadkowość". Na udział w takich zawodach pracuje się latami wraz z całą ekipą specjalistów (trochę jak w formule1 - za sukcesem jeźdźca i konia stoi również sztab luzaków, weterynarzy, fizjoterapeutów, trenerów, sponsorów itd.).

7. Konie sportowe/użytkowe są maltretowane?
Myślę, że czasem bardziej cierpią konie ludzi "rekreacyjnych", laików niż sportowe. Konie sportowe są w moich oczach dużo bardziej zadbane, a ich opiekunowie dużo bardziej świadomi wielu złożonych zagadnień z nimi związanych. 

Współczesny sport ma za zadanie rozwijać naturalny potencjał zwierzęcia i współpracę z jeźdźcem (oraz umiejętności i sprawność jeźdźca wraz z jego prawidłowym podejściem do zwierzęcia). Nawet w ujeżdżeniu na przestrzeni lat zrezygnowano z figur, które były "bezcelowe", które nie wnosiły nic do rozwoju fizycznego i psychicznego konia.

8. Konie użytkowane przez człowieka są nieszczęśliwe?

Koń chyba nie ma aż takiej możliwości abstrahowania i filozofowania o pojęciach znanych człowiekowi. Koń nie ma świadomości. Niemniej koń "maltretowany", "nieszczęśliwy", źle prowadzony - odmawia współpracy i popada w "narowy". Koń źle traktowany przez jeźdźca nie rozwija swojego potencjału. Jak koń nie chce skakać - nie skoczy. Koń zły na jeźdźca - zrzuci go. Koń "nieszczęśliwy" będzie miał "choroby sieroce" (tkanie, łykanie), które wpłyną też na jego zdrowie fizyczne i nie pozwolą mu na starty w zawodach na wysokim poziomie. Dobry opiekun wie, czy dane zwierzę lubi, to co się z nim robi i ma do tego potencjał, czy nie.


Dzisiejsze jeździectwo to nie jest cyrk, a ... gimnastyka. Dla widzów - możliwość podziwiania zwierzęcia w pełni swoich zdolności i jeźdźca, który osiągnął z nim doskonałe porozumienie.

Jak sprowadzić samochód do Szwajcarii? (i jak pozbyć się auta na obcych tablicach ze Szwajcarii)

/pexels

Przeprowadzasz się do Szwajcarii i nie wiesz, co zrobić ze swoim samochodem?
Mieszkasz w Szwajcarii i zastanawiasz się, czy nie opłaca się kupić auta za granicą?

Na podstawie swojego doświadczenia i oficjalnych informacji, chcę wyjaśnić jak wygląda import samochodu do Szwajcarii.

Przeprowadzając się do tej górzystej krainy, wpadłam na to, żeby wyeksportować swojego konia, ale nie wpadłam na to, żeby wyeksportować samochód. Wyszłam z założenia, że może jeżdżę złomem, ale jeżdżę i na pierwszy rok, który jest usiany strasznymi kosztami przeprowadzki, podatków itp. nam posłuży. Zgłosiłam owe auto jako mienie przesiedleńcze na granicy i tyle.

Niestety, auto się sypie, a ja nie wpadłam na to, że przeglądy techniczne są tu hiper rygorystyczne i zamiast naprawiać bombowca (tak mnie przezywano w pracy: "o, jedzie kierowca bombowca"), lepiej kupić nowe/nowe stare z podbitym przeglądem. Pojawił się problem - co zrobić z chevrari?

Co można zrobić ze starym autem, które z dużą pewnością nie przejdzie szwajcarskiego przeglądu?
- próbować sprzedać pasjonatowi (wish you luck)
- zezłomować - koszt około 400chf
- mając papier eksportowy - sprzedać handlarzowi na daleki wschód bądź Afrykę...

Najzabawniejsze jest to, że w Polsce bez większego wysiłku miałabym podbity przegląd na kolejny rok, a tu doradzają wysłanie auta w podróż życia ;). To tylko dodatkowo unaocznia genialną sytuację polskiego rynku.

Papier eksportowy - słowo klucz. Oczywiście nie wpadłam na to, że będzie mi potrzebny, więc go nie miałam. Co się robi w takim przypadku?

Jak zwykle niezawodny Sadmax odprawił mi auto wstecznie za pomocą skanów dokumentów, oświadczeń i upoważnień. Uff! Nadal kosztowało to taniej niż złomowanie.

Jak postępować w ramach przeprowadzki z samochodem?

1. Należy zgłaszać samochód i wszelkie rzeczy nas dotyczące w ramach przeprowadzki jako mienie przesiedleńcze. O dziwo, spotkałam osoby, które tego nie zrobiły i miały potem lekkie problemy, albo jeszcze nie wiedziały, że je mają ;). Mienie przesiedleńcze można zgłaszać kilka razy, ale dopóki nie jest to "ostatni transport", to jako "częściowe" albo "połowiczne".
Brak takiego zgłoszenia wobec samochodu, to:
- kara,
- problem z rejestracją w CH,
- problem ze sprzedażą, utylizacją itd.

2. Maksymalnie w 12 miesięcy od zgłoszenia auta lub naszego pobytu w Szwajcarii (uwzględnionego w permicie) należy przerejestrować samochód na Szwajcarię (i wymienić prawo jazdy na szwajcarskie).

3. Jeśli auto nie jest pierwszej świeżości polecam od razu zrobić mu papier eksportowy, będąc jeszcze w Polsce.

Kiedy import bez cła/akcyzy jest możliwy?
- musisz posiadać auto dłużej niż 6 miesięcy
- nie możesz go sprzedać przez kolejne 12 miesięcy (VAT)

Auto nie jest traktowane jako Twoja własność jeśli posiadasz je krócej niż 6 miesięcy.
Po zgłoszeniu go na granicy musisz opłacić:
- cło (jeśli pochodzi z kraju UE to nie dotyczy)
- akcyzę - 4%
- VAT - 7,6%
- opłatę administracyjną
- zarejestrować je już po miesiącu od przekroczenia granicy
źródło: https://en.comparis.ch/umzug-schweiz/info/glossar/einfuhr-zulassung-fahrzeug

I w rejestracji tak naprawdę jest największy problem. Dość często zdarza się, że samochody kupowane poza granicami Szwajcarii (nowe!) nie spełniają tutejszych norm technicznych i możliwość rejestracji jest im odmawiana. Np. volkswagenowi po aferze z dieslem!

Import auta, jeśli nie jest to faktycznie Twoje auto od dawna, nie jest opłacalny. Jest to jedna z niezawodnych metod Szwajcarii na ochronę swojego rynku wewnętrznego.

Ceny aut w Szwajcarii zarówno w komisach jak i u dealerów niespecjalnie się różnią od cen w innych krajach Unii, za to masz gwarancję, że auto jest zadbane i jest duże prawdopodobieństwo, że ma mało kilometrów na liczniku, bo ten kraj jest mały i lepiej unikać transportu samochodowego kiedy tylko się da ;). Ponadto każdy szanujący się komis daje roczną gwarancję na sprzedawany przez siebie samochód. O zakupie auta w Szwajcarii napiszę niedługo.

_________________________________________________
EDIT - sprostowanie
Dzięki bardzo ciekawym komentarzom i rozmowom jakie się wywiązały przy okazji powyższego artykułu muszę przyznać, że byłam mocno niedoinformowana - import samochodów zza granicy za śmieszne pieniądze to realny biznes w Szwajcarii. Jeżeli uda mi się rozgryźć dlaczego - na pewno o tym napiszę.
Wiadomo, już sama różnica w VAT robi dużą różnicę, ale o dziwo, właśnie przez VAT nowe auta w Szwajcarii są tańsze bądź w tej samej cenie jak w Polsce... Prawdopodobnie osoby, z którymi rozmawiałam wcześniej, czyli m.in. moi sąsiedzi, porównywali ceny u dealerów, dlatego nie widzieli w tej operacji większego sensu - tak jak i ja.

Dlaczego odpowiedź na to pytanie nie jest prosta? Bo tu nie chodzi o 1 000 euro różnicy na granicy Szwajcaria - Niemcy. Paparentaladvisory zwrócił mi uwagę na swój przypadek, gdzie przy pewnej japońskiej marce, sprowadzenie nowego auta centralnie z Japonii kosztowało dobre kilka tysięcy mniej niż nowe auto w CH, co nie mieści mi się w głowie.

Najczęściej operacje jak wyżej są przeprowadzane przez wyspecjalizowane w tym firmy. Jeżeli macie jakiś wymarzony samochód i szukacie prawdziwej okazji - trzebaby taką firmę znaleźć. Często ogłaszają się na portalach samochodowych.

Posiłki w szpitalach, Polska vs. zagranica



Poniższe przemyślenia nie dotyczą moich własnych doświadczeń, a obserwacji tego o czym się dyskutuje w kontekście szpitali. Ten wpis zainspirowała Mamaginekolog, udostępniając zdjęcie przesłane przez jedną ze swoich czytelniczek z Belgii.

Wiadomo też, że każdy pacjent będzie miał inne zalecenia dotyczące wyżywienia, niemniej w Polsce takowe są brane pod uwagę tylko jeśli pacjenta trzeba zagłodzić do granicy przeżywalności.

Poniżej zestawienie zdjęć posiłków szpitalnych oferowanych kobietom po porodzie (czyli po prawie ponadludzkim wysiłku dla organizmu, które intensywnie się goi i ma za zadanie wrócić do normalności) i KARMIĄCYCH, czyli żywiących dwa organizmy, a nie jeden i muszących spożytkować energię i wykorzystać różnorodne związki ze swojego organizmu do wyprodukowania pokarmu.  

A podobno Polska przeżywa teraz cud gospodarczy... Polecam też zajrzenie na profil "Posiłki w szpitalach".

(Zdjęcia wykorzystane z komentarzy pod tym postem, jeśli ktoś nie życzy sobie umieszczania jego zdjęcia tutaj, proszę o kontakt. Nie podpisuję zdjęć z racji szacunku dla czyjejś prywatności, mimo że są one podpisane nazwami profili na facebooku.)

 
/


/


Szwajcaria należy do przykładu zachodnich krajów, tym bardziej, że cały system opieki zdrowotnej to system prywatny, kontrolowany przez Państwo. To, czy poza naszym ubezpieczeniem będziemy dopłacać do opieki szpitalnej czy nie, zależy od umowy jaką podpiszemy, niemniej wszędzie warunki są w wysokim standardzie, a różnica w ubezpieczeniu podstawowym ogranicza się przede wszystkim do ilości osób w pokoju i możliwości wyboru szpitala.

Co do samej jakości wyżywienia, mam wrażenie, że kraje dzielą się na te z kulturą jedzenia i kulturą "wpierd* byle czego". Kraje basenu śródziemnomorskiego, bądź zachodnie można nazwać krajami z kulturą jedzenia, gdzie nie ma większego grzechu niż byle jakie jedzenie. Kraje anglosaskie, Niemcy, wyznaczają już niewidzialną granicę, o dziwo geograficzną, krajów drugiej grupy, niemniej razem ze Skandynawią są na tyle wysoko rozwinięte, że przeważa u nich rozum i rozwój - czyli nowoczesne myślenie (witaminy, energia, różnorodność, etc). Polska niestety jest krajem gdzie nie ma kultury jedzenia poza oszczędzaniem (nie wyrzucaj spleśniałego chleba, bo to nadal chleb), więc poszukując możliwości ratowania budżetu szpitala bez zająknięcia, mimo że przeczy to wiedzy medycznej, obcina na posiłkach uzasadniając to mitami. Myślę też, że gdybyśmy nie byli tak rodzinni, że rodzinka przynosi, to skuteczniej walczylibyśmy o swoje prawa (mając pomocników często siedzimy cicho, bo sobie poradziliśmy). 

Co kraj to obyczaj.

Bananowo-orzechowe, domowe latte macchiato

/

Jak na CHPD przystało kończył mi się termin ważności mojego eko bio mleka (zrobiła się też już na nim śmietana, co mnie zdziwiło, bo sklepowe mleka to nigdy nie są takie stopro), więc trzeba było coś wymyślić. Najczęściej takie spontany kończą się najlepiej <3.

4 duże porcje
* 1l mleka
* 3 banany
* łyżka masła orzechowego
* cukier waniliowy (jedna saszetka)
* espresso (1 na 1 porcję)

Podgrzewamy mleko w garnku do momentu aż będzie gorące, ale jeszcze bez kożucha.
Przelewamy do blendera (lub innego urządzenia, które zrobi nam z tej mieszanki gładką masę).
Wrzucamy 3 banany, masło orzechowe i cukier. Miksujemy aż się dobrze spieni :)

Przelewamy do szklanek/kubków i wlewamy espresso :). Niebo w gębie!

W poszukiwaniu prawdy o życiu, ludziach i świecie - Tomek Michniewicz, "Świat równoległy"

/
Z cyklu przerzucania starych postów na nowego bloga - wiecznie aktualny zachwyt nad PRAWDZIWYM podróżnikiem, który naprawdę ma coś sensownego i opartego na faktach do powiedzenia. Recenzja z dnia 8.02.2016.
_______________________________________________________



Niedawno wpadła mi w ręce książka Tomka Michniewicza, "Świat równoległy". Nie jestem pewna jak to się stało, może uległam któremuś z wywiadów promujących jego książkę.

Jako kulturoznawca - orientalistka, w końcu mogę z czystym sumieniem i lekkim sercem, zdecydowanie polecić dzieło popełnione przez reportera/podróżnika. Książka ta zachwyciła mnie, nie jako dzieło literackie, ale jako do krwi prawdziwy, dotykający podstaw funkcjonowania systemów i społeczeństw, a także zahaczający o filozofię, zbiór dziennikowo-reportażowy zagadnień, które są "czarno-białe" tylko dla ignorantów.

"Świat równoległy" jest napisany bardzo przystępnym językiem. O tyle o ile nie mogę wymagać, aby program moich studiów został włączony do programu kształcenia licealnego (a powinien, bo bardzo otwiera umysł), o tyle każdemu laikowi zagadnień poza europejskich i każdemu stroniącemu od papieru w ilości większej niż kilka kartek, gorąco polecam tę książkę. Te trzysta parę stron chłonie się "w sekundę", choć warto się w paru miejscach zatrzymać, bo autor nie daje nam odpowiedzi na poruszone dylematy. Odpowiedzi te powinniśmy znaleźć sami, ale niezależnie od życiowego i podróżniczego doświadczenia - wszyscy będziemy relatywnie zagubieni. Opowieści zawarte w tej publikacji pozwolą nam nieśmiało zajrzeć za drugą stronę lustra, a przynajmniej sprawią takie wrażenie. W dzisiejszych czasach prawda to wybitnie abstrakcyjne, a może i utopijne pojęcie. Nie dlatego, że autor cokolwiek ukrywa (a może i przemilczał ;) ) ale dlatego, że jest zależna od zbyt wielu czynników, w tym nas samych.

Trudno jest napisać klarowną recenzję tej książki, ponieważ pozostawia zbyt wiele znaków zapytania i zbyt wiele względności do rozważenia. Działa też jak emocjonalna bomba atomowa, wywołuje wybuchy, wiele po sobie zostawia w sercach i umysłach i już nie da się tak samo patrzeć na świat (żyć) po wchłonięciu jej treści. Wiadomo, konformizm i oportunizm zawsze weźmie górę, jednak to co przeczytasz nie da Ci spokoju, co początkowo bywa niepokojące i frustrujące, a na dłuższą metę jest bardzo budujące. Niewiele było w tej książce rzeczy, które były dla mnie nowe, ale na nowo obudziła ona moją duszę i świadomość, którą na co dzień siłą rzeczy się tłamsi, aby łatwiej żyć. Nieświadomość też jest sposobem na życie, tylko czy słusznym (a na pewno nieświadomym) ?

Inni podróżnicy, jak np. Cejrowski, zdążyli się w moich oczach srogo skompromitować, jak np. w programie o buddyzmie i wszelkich jego wzmiankach o Azji, podsycających chorą, orientalistyczno-mityzującą fascynację wschodem, mocno mijającą się z sednem niektórych zjawisk, zbyt subiektywno-katolicką jak na tak znaną i szanowaną osobę, która robiąc to co robi, powinna zdawać sobie sprawę z impactu jaki wywiera na odbiorcach i przedłożyć misję i etykę ponad subiektywny "show" którym traci zaufanie osób, które jednak mogą coś na dany temat wiedzieć. Show dla mas. Podróżniczy McDonald.

Martyna Wojciechowska za to przedstawia niszowe zjawiska, które są bardzo ciekawe, niestety zbyt często słyszę u ludzi "bo ja widziałem/-am u Martyny ... i to było takie straszne i jak te dzikusy i brudasy tak mogą...". Skoro porównuję gastronomicznie poziom "reportażowych usług" - coś między Aioli, a hipsterską knajpką typu no name.

Tomek w swojej książce stara się maksymalnie odciąć od subiektywizmu (mimo że nie jest to bezwzględnie możliwe), patrzy na wiele zjawisk zarówno w mikro jak i makro skali, a tym co mierzi go najbardziej to nie to, "co te niebiałe małpy wyczyniają lub myślą", tylko to, że jego wrażliwość emocjonalna jednocześnie nie pozwala mu na bycie niezaangażowanym reporterem i obsesyjnie wręcz napędza do poszukiwania podstawowych prawd, z którymi od wieków mierzą się filozofowie... i zwykli ludzie. Ta niespokojna dusza wywołuje niebywałą kreatywność i chęć działania, przyspiesza bicie serca i napędza życie, ale może być też autodestrukcyjna. Jednakże autor zdaje się być dość głęboko świadomą istotą i nie ma w tym wszystkim co robi, pisze, żadnego zgrzytu ani potencjalnie alarmujących kwestii.

Esencją tej książki może być następujący cytat (najbardziej mnie poruszył; choć cytat z Bułhakowa na początku książki również oddaje jej wydźwięk):

"W którym momencie Europa przestała poszukiwać? Gdzie zgubiliśmy ten pierwiastek najbardziej potrzebny człowiekowi, by być istotą ludzką? Zapomnieliśmy o nim w biegu po grafen i kartę kredytową. Ci, którzy mieli nam o nim przypominać, sami się pogubili. Ważniejsze okazały się maybachy, mercedesy, ozdobne ornaty i watykańskie pałace. Każde wybory to festiwal nienawiści do drugiego człowieka, inności, różnic. Jak wielu innych, wyłączam telewizor. Weszliśmy chyba w epokę rozczarowania.
Świat stoi na głowie. W Ameryce telewizyjni kaznodzieje zbijają fortunę na sprzedaży magicznej wody leczniczej. W Birmie buddyjscy terroryści podkładają bomby. Na Bliskim Wschodzie nie da się odróżnić religii od polityki. Czy jest gdzieś miejsce, gdzie dusza jest nadal duszą? "

Jak zdefiniujesz: strach, siłę, honor, system, dom, rezerwat, ryzyko, świętość, poszukiwania, po przeczytaniu o Pakistanie, polskich siłach specjalnych, najostrzejszym więzieniu w USA, gettach XXI w., atrakcjach turystycznych, proximity flyers, czy szalonym młodzieńczym podróżowaniu będącym de facto ucieczką od życiowego przytłoczenia?

Brzmi błacho? Brzmi gwiazdorsko w poszukiwaniu sensacji? Tak nie jest, a głębia treści jaką autor ma do przekazania i koloryt opisywanych zjawisk sprawia, że "Świat równoległy", to Twoja lektura obowiązkowa, dla każdego.

Czytałeś? Podziel się swoimi wrażeniami!